Curitiba, 15.II.1982
„Nie przysyłaj mi polskich książek, ja tu mogę mieć wszystko w tłumaczeniach. Nie wiem co
zrobię z moimi polskimi książkami, bo dzieci nie czytają a po mojej śmierci zniszczą. Płyty Staszka (Hadyny – przyp.mój) fantastycznie piękne, od razu odgadłam co jest jego kompozycji. Córka ma aparat świetny, słucham u niej, kiedy tylko zechcę. Zamierzam kupić gravador. Najpierw napisz, czy macie tam możliwości słuchania taśmy –nie płyty- nagrałabym na taśmie list do Ciebie i muzykę. Ładną lub typiczną, tutejszą. Słowem cokolwiek. Te inne polskie płyty myślę ofiarować na polski program radiowy, bo to co grają to wstyd. Tylko Maćki i Wojtki.
Tak więc przynajmniej inni mieliby lepsze pojęcie co się gra lub tańczy u Was, chociaż to w stylu lat czterdziestych. Płyty Śląska to było moje marzenie całe życie. Jakieś dwadzieścia lat temu przyszedł tutaj festiwal filmów radzieckich, głównie balet. Jako dodatek dali Śląsk, byłam z córką sześć razy. Staszek przystojny na tej foto. Lepszy dziś niż dawniej…”
Jednym z pierwszych „aparatów”, w który zainwestowałam, kiedy tylko zaczęłam zarabiać, był fonomaster. Wielki jak stodoła ale jakość dźwięku, jak na wczesne lata siedemdziesiąte ub. wieku miał znakomitą. Przynajmniej po wcześniejszym „Bambino”, na którym odtwarzałam także plastykowe pocztówki dźwiękowe. I po prostu oszalałam na punkcie płyt winylowych. Każdy gość, który chciał dać mi napiwek był proszony aby następnym razem, kiedy przyjedzie, przywiózł mi w to miejsce płytę. Mniej więcej określałam, o jaką muzykę mi chodzi zostawiając przestrzeń, której nie znałam, dla ofiarodawcy. Ach, co to były za prywatki….
Biorąc pod uwagę powyższe kryterium, dzisiaj wspominam bardzo serdecznie Hiszpana a raczej Baska o imieniu Antonio, dzięki któremu uzbierałam piękną kolekcję płyt z klasyczną muzyką gitarową. Kiedy technologie poszły naprzód i wyparły winyl a ja równocześnie rozpoczęłam swoja wędrówkę po wynajętych mieszkaniach fonomaster powędrował na strych przyjaciółki i tam zaginął podczas remontu ale ciężkie kartony z płytami wędrowały razem ze mną. Rozpakowałam je dopiero teraz, przy ostatniej przeprowadzce. Kolekcji nie ma.
„Kiedy piorun uderzył w antenę byłam na plaży, gdzie robiłam bramkę i instalację nowej zmywalki w łazience. Dom się nie spalił, gdyż zbieg okoliczności, dość dziwny, go ocalił…Syn wybierał się na dwa dni na połów żab, wszystko już było zapakowane w aucie i dom byłby bez nikogo. Kiedy sięgnął do szuflady po pieniądze na benzynę odkrył, że go okradziono.
Musiał więc zostać w domu. Jedna z osób, które stale się po domu kręcą, jak Mary, jej siostra i siostrzeniec i Nelson (biedny chłopak, bezrobotny, który tu nieraz się posila i którego znamy już z dziesięć lat) i Bia, która mieszka z Nelsonem. To ona ukradła te pieniądze ale ani się o tym nie mówi, bo złodziejstwo to uratowało dom.
Gdy piorun uderzył wszyscy oni byli w domu i syn nimi dobrze dyrygował. Jedni po wodę, drudzy telefonować po strażaków. Syn czarny jak kominiarz gasił wodą, co nic nie pomagało, dopiero gdy wyrwał extinor z auta to tym extionorem zgasił. Kłęby czarnego dymu buchały z pokoju już po dwóch minutach, dym ten mocno trujący….
Ktoś odsunął firankę, która niemal dotykała Teve, siatka na okna się spaliła a firanka nie. Firanka blisko sufitu, sufit z drzewa a nad nim, pod dachem, liście suche….Piorun mógł spalić całą instalację elektryczną, lodówkę itp. ale zepsuł tylko kontrolę zużycia światła. Drugi miesiąc już płacę taksę minimalną czyli 150 crs zamiast 2-óch tysięcy”.
Kiedyś, dawno temu, piorun zabił brata mojego dziadka. Tak, to specyficzny sposób myślenia, że jedno zdarzenie, pozornie nie powiązane z drugim, uratowało tyłek Bia.
„Rozum może zawieść, ale odwaga cywilna zawsze świadczy o szlachetności człowieka” - Pan Cogito (łac. myślę) – postać występująca w wierszach Zbigniewa Herberta.
Gdyby Bia miała odwagę cywilną, przyznałaby się do kradzieży wyjaśniając swoje motywy postępowania, przeprosiła i poczekała „na wyrok”. Ale Bia najwyraźniej do szlachetnych nie należała okradając swoich dobroczyńców.
„Odwaga cywilna, czyli siła moralna, jest niewątpliwie rzadko spotykana” czytam w słowniku on-line, „Możemy się nią wykazać przyznając się do winy, broniąc jakiegoś poglądu czy demonstrując pewną postawę, bez względu na możliwość ujemnych dla siebie konsekwencji. Wielu spośród nas lęka się wyjawienia prawdy o swych wybrykach, boi się konsekwencji lub braku akceptacji. Wartość ta jest nie tylko cechą mądrości danej osoby, ale również dojrzałości, której , niestety, tak nam w brakuje. ”
Będę więc miała odwagę cywilną napisać niniejszym, że w obcowaniu z innymi ludźmi najbardziej cenię sobie otwartość, przez którą rozumiem szczerość i odwagę cywilną. A tchórzostwo w postaci braku powyższej „siły moralnej” lub według Tukidydesa „podstawy wolności” po prostu mnie…. mierzi. Nie lubię też obietnic bez pokrycia i chowania głowy w piasek w miejsce wyłożenia swoich racji, chociażby najmniej racjonalnych czy najgłupszych. A skoro mowa o tym, czego jeszcze nie lubię, to sformułowań…chciałabym…a jak przychodzi co do czego…to „boję się” albo „akurat nie mam czasu” albo „może to nie wypada” albo „co to da, co to zmieni?”. Aż wreszcie: ”już wolę zostać outsiderem.” I na końcu, opowieści dziwnej treści, „jaki to ja jestem wspaniały/a” a jak przychodzi co do czego, podwijania ogona pod siebie.
Qui tacet, consentire videtur (Kto milczy, ten się zgadza), czyli po naszemu, milczenie jest oznaką zgody. No to jeszcze jeden cytat, bardzo rozsądny w tym odwoływaniu się dzisiaj do autorytetów:
„Różnica między odwagą a ostrożnością. Odwaga: podejść do boksera i zwymyślać go od ostatnich (można też nazwać to nierozsądnym tupetem – przyp.mój) Ostrożność: powiedzieć mu to samo przez telefon” – Julian Tuwim.
Michał Bułhakow w najlepszej według mnie powieści wszechczasów pod tytułem „Mistrz i Małgorzata” postawił tezę: „Tchórzostwo nie jest jedną z ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą”.
Niestety, czasem to właśnie przyznanie się do tchórzostwa wymaga największej odwagi….
Z opowiadania mojej cioteczki zrobiłam moralitet. Przynajmniej jakaś odmiana….


Facebook
Zwierzolubni
O Boze,ale mnie zaskoczylas Iwonko. To byl chyba 1982 r. Piekne i mlode.Takie laski pracowaly w Victorii! Ha,ha,ha…….gdzie sie podzialy tamte prywatki?
Magda B.