Jarzębina to trochę taki jeden, wielki kocioł, do którego wrzuciłam wszystkiego po trochu.
Moje życie zawodowe i prywatne, moją rodzinę i mojego psa, przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, menażerię tego świata, przyrodę i jeszcze by długo wymieniać….. z tego kotła różnorodności pułk wojska można by było pewnie wykarmić. Na szczęście określenie „wrzucić do jednego kotła” prawidłowo odnosi się do traktowania wszystkiego i wszystkich w ten sam sposób, czyli do w pewnym sensie urawniłowki w postrzeganiu świata a do niej mi nigdy nie było i nie jest po drodze. Tak więc Jarzębinę przyrównałabym bardziej do kociołka w mojej głowie, w której się poszczególne składniki wymieszane ze sobą kotłują bez końca, niczym jednodaniowy posiłek w trójnożnym kociołku nad ogniskiem.
„Chińscy archeolodzy odkryli kociołek z brązu, w którym znajdowała się zupa sprzed 2400 lat (…)”Odkrycie to będzie szczególnie pomocne przy badaniu zwyczajów żywieniowych z okresu Walczących Królestw (480-221 rok p.n.e.) – wyjaśnia Liu Daiyun z Instytutu Archeologicznego prowincji Shaanxi, cytowany przez dziennik Global Times. Grób i naczynie – niewielki trójnożny kociołek zawierający kości i zielonkawy płyn – znaleziono podczas rozbudowy lotniska w Xi’an. Miasto to znane jest m.in. dzięki odkrytej tam słynnej terakotowej armii.” – Interia, 13 grudnia 2010
Ten zielonkawy płyn nie brzmi zachęcająco ale Chińczycy są znani z jedzenia różnych, obrzydliwych dla mnie do jedzenia rzeczy łącznie z psami i płodami ludzkimi, więc zapewne i dla dzisiejszych Chińczyków byłby do przełknięcia. Tamten kociołek sporządzony został z brązu, dzisiejsze kociołki są żeliwne albo robione ze stali szlachetnej a współczesny przepis na „chiński kociołek”, który znalazłam składa się z piersi kurczaka, dymki, kiełków sojowych, kapusty pekińskiej, pędów bambusa, pieczarek, imbiru i czosnku. Pieczarek nie rozumiem w przepisie, powinny być grzybki mun albo w ostateczności shi-take. Zapewne danie z tego kociołka powinno się spożywać z ryżem ugotowanym niezależnie lub też wrzuconym do kociołka, żeby sobie tam spokojnie doszedł.
Lubię chińską kuchnię wybiórczo, tak jak każdą kuchnię różnych regionów świata. Kiedy zakupiłam wok kilka lat temu patelnia przestała dla mnie istnieć. W woku powstawały dania nie tylko chińskie ale i meksykańskie, esencjonalne zupy, bogracz i leczo. A wszystko dlatego, że gotowało się szybko i w małej zawartości tłuszczu. Z kociołkiem to trochę dłuższa zabawa, musi się pokotłować na ognisku lub podpiec w żarze. W żarze wytrzyma tylko ten żeliwny z pokrywą przykręcaną śrubami zakopany na godzinę lub dwie.
Pierwszy raz z żeliwnego kociołka spożywałam wiele lat temu na barbecue u przyjaciół pod
Warszawą. Kociołek został zakopany na początku przyjęcia, zawierał wieprzowinę, kapustę, ziemniaczki i buraczki i odkopany został jako danie główne. Na tym na wiele lat moje doświadczenia z kociołkiem odnotowały przerwę, w międzyczasie eksperymentowałam w woku, gillowałam i bawiłam się żeliwnym fondue. Z grubsza można postawić wspólny mianownik dla wybranych potraw przyrządzanych na te trzy sposoby a mianownik ten brzmi, że zarówno w woku jak i na grillu oraz w kociołku można przygotować wszystko, co zostało w lodówce i już się do niczego nie nadaje oprócz zapiekanki. Nie mam tutaj na myśli amerykańskiego barbecue ze stekami, które raczej w lodówce jako resztki nie zostają.
Sam kociołek jako naczynie do gotowania na ogniu lub parze wymyśliły ponoć koczownicze plemiona mongolskie, którym garnki zastępowały hełmy wojowników. Pomysł sprawdził się najpierw w Azji rozpowszechniony za panowania chińskiej dynastii Tang i rozpoczął ekspansję do Europy, gdzie do kociołka zaczęto wrzucać owoce morza, ryby, golonkę, boczek, słoninę, kiełbasę, paprykę, marchewkę, grzyby, jagnięcinę i tak dalej, mieszając na różne sposoby z oliwą, ziołami i przyprawami. Zaczęły powstawać kociołki myśliwskie, węgierskie, cygańskie, tatrzańskie czyli różnego rodzaju prażuchy, prażonki, dymfoki i duszonki, które, przygotowywane na żywym ogniu, zyskały sobie przychylność głównie w warunkach polowych na biwakach i polowaniach oraz w trakcie przydomowych barbecue.
Wyeksploatowany wok mi się rozleciał, grill spowszedniał ale odkurzony w pamięci kociołek sprawił mi wczoraj wiele radości. Można go było nazwać „kociołek różności” gdyż pływała w nim i wołowina i wieprzowina oraz drób, różne warzywa z kapustą włącznie a wszystko to doprawione ostrą pastą „red pepper&chili”. Palce lizać.
Odkąd mieszkam w bloku zrezygnowałam na dobre z przyjemności gotowania na rozżarzonych węglach od czasu do czasu jak kiedyś w ogródku i przyznaję, że denerwują mnie sąsiedzi, którym zdarza się grillować bez skrępowania na balkonie albo na przydomowym trawniku. „Wolność Tomku w swoim domku” ale zapach gillowanej kiełbasy śląskiej lub grillowej przyprawia mnie o mdłości – w moim domku. Od czasu do czasu sama wrzucam na grilla bakłażana albo cukinię ale grill ten stanowi wyposażenie kuchenki elektrycznej i jeżeli komuś przeszkadza to tylko mojemu psu, bo nie ma na nim kiełbasy. Mam za to znajomych, którzy mają warunki do grillowania a przede wszystkim do pieczenia i gotowania w kociołku i z tych warunków z przyjemnością korzystam.
Danie nazwane z niemieckiego „Eintopf” a tak można nazwać danie z kociołka jest z reguły
bardzo sycące, podawane jako zupa, gulasz lub potrawka o zmiennej zawartości, w zależności od pory roku. Uznawane było za danie ludzi ubogich, gdyż z „prostych” składników skutecznie napełniało żołądek. Kuchnie tego świata narodziły się z pomysłowości i fantazji ludzi ubogich, którzy z „niczego” potrafili wyczarować „coś” i na tym polegała sztuka. Jeśli chodzi o współczesne dania z kociołka, to odnalazłam nawet przepis dietetyczny dla odchudzających się oraz w pięknie wydanej Wielkiej księdze kucharskiej, którą dostałam kiedyś w prezencie od pracowników, danie jarskie, czyli dla wegetarian sporządzane na bazie warzyw oraz czerwonej pasty curry i brązowego cukru.
Z wrodzonej ciekawości sięgnęłam do wydania „Kuchnia królewska” Danuty i Henryka Dębskich w poszukiwaniu „królewskiego” przepisu nadającego się do kociołka. Skoro dania te były standardem na dworach chińskich cesarzy to może też i nie pogardziły nimi wystawne dwory europejskie. W przedmowie do książki czytam: „nasze mniemanie o kuchni królewskiej jest bardzo wysokie, choć nie wynika to z naszej wiedzy w tym zakresie. Na ogół myślimy, że są to potrawy bardzo drogie i niedostępne dla współczesnej gospodyni; nic błędniejszego. Jest to kuchnia dość wykwintna z potrawami międzynarodowymi, które można z powodzeniem wprowadzić do naszych jadłospisów.” Przebiłam się więc przez borsuka pieczonego po królewsku, chrapy łosia po piastowsku, mózg wieprzowy a la Pompadour, zupę z trufli a la Henryk IV i a la Karol X, raki i ostrygi znowu a la Pompadour, derkacza zygmuntowskiego, omlet „Bastylia” z likierem maraskino, ciastka „Bal królewski” z jadalnymi kasztanami……i dałam sobie spokój.
Do kociołka nadawała się tylko jedna z francuskich zup a la Bourgeois zwana : „weź mięsa wołowego w proporcją wielości osób ma być wydana rachując na przykład po funcie na jedną, mostek barani, goleń cielęcą z kością, oraz rurę wołową, jako też kurę lub kaczkę , to wszystko ochędożywszy włóż w garnek i nalej woda miętka pełno (…) można też włożyć kawałek świeżej słoniny, osól, tak niech się wszystko gotuje nieustannie ale wolno, potym dodasz do tego kawałek głowiastej kapusty na części ją pokrajawszy, cebul ze dwie, w które powtykasz po goździku, jedno bobkowe liście, porów jeden lub dwa, marchwi wzdłuż przekrajanych trzy, pasternaków dwa, selerów dwa, pietruszki kilka korzonków…”
Gospodyni gospodyni nierówna, jedna wrzuci śląską na ruszt a druga będzie biegała za mostkiem baranim więc do jednego kotła wrzucać wszystkich gospodyń nie należy a do kociołka?
Od kilkunastu lat w gastronomii rozwija się nowy nurt o nazwie ” fusion cuisine” polegający na umiejętnym łączeniu różnorodnych tradycji kulinarnych w jednym daniu. Kuchnię chińską łączy się z francuską, afrykańską lub kubańską (Opowiadanie: Asia de Cuba) i tak dalej, Europa spotyka się na jednym talerzu z Azją i Afryką z domieszką Ameryki Południowej. Najważniejszą zasadą tejże kuchni jest wyczucie smaku. Łączy się różnorodne składniki i przyprawy a wszystko podaje w postaci dzieła sztuki…..
W kociołku również najważniejsze jest wyczucie smaku a najdziwniejsze nawet połączenia
dają pole dla wyobraźni i zaskakujące rezultaty. Ja czasami sama siebie zaskakuję w moim domowym wydaniu fusion a przyznaję, że eksperymentuję zawzięcie….by po jakimś czasie powrócić do czegoś z naszej, tradycyjnej polskiej kuchni…..ostatnio chodzi za mną botwinka.
I dobre, czerwone wino….do kaczki.

Facebook
Zwierzolubni