Adam był chory, zamilczał więc cyberastorycznie przez jakiś czas aby się poddać
psychodelicznym działaniom medyków, którzy w swej wiedzy niezmierzonej stwierdzili, że nie jest złośliwy. Należało zapytać mnie, powiedziałabym to od razu. Po wyjściu z tejże przygody jego dusza odrodziła się na tyle, że doczekałam się takiego oto heavymetalowego listu :
Ivonne, słodka i tak przeze mnie nikczemnie zapomniana, ale jak Feniks z popiołów szczęśliwie w mej głowie nareszcie odrodzona.
Ostatnie tygodnie w mym nieszczęsnym życiu były iście enzoroidalną hipertrofią Heglowskiego absolutu, wobec którego nie mogłem spokojnie przejść do endoparanoidalnego porządku istniejącego dotąd w nadparadoidalnym jestestwie tkwiącym w każdym członku mojego przedparadoidalnego ciała. Na domiar złego moja nadcybernoelektroniczna dusza wydawała wycie kwadrofoniczne i ukazywała swoje nagie oblicze w formacie HD w najmniej sprzyjających okolicznościach, strasząc mych egzocyrtystycznych przyjaciół. W izolurycznym potoku wydarzeń powyższych, które podkreślały tylko moje egzystencjalne tkwienie w antropomorficznym wszechświecie, zjawiała się Twoja trandenscendalna postać śmigająca w psychodelicznym tańcu dzikich w ramionach jakiegoś summbalicznego bałwana-egzorcysty w endokrynologicznym pomieszczeniu. Od czasu do czasu z przerażeniem apokaliptycznym stwierdzałem, że tym bałwanem-egzorcystą jestem ja sam i wtłoczony do jakże heavymetalowego kąta między dawnymi a nowymi czasy symultaniczny dialog z Tobą prowadziłem o „potworności istnienia” w izotermalnej rzeczywistości:
TY: A ty – co?
JA: Ja? – nic.
TY: Ja – cóś…
JA: Ja – tyż…”
Wreszcie strząsnąłem ze swej powłoki cielesnej schizofreniczny pyłek szaleństwa dzięki pewnemu starszemu doktorowi obojga chorób, mogłem jeszcze raz stwierdzić, jaką potęgą jest poezja, nawet ta, wydająca się bardzo banalna: „Szlachetne zdrowie, // Nikt się nie dowie, //Jako smakujesz, // Aż się zepsujesz. //(…) Człowiek (…) sam to powie, // Że nic nad zdrowie, // Ani lepszego, // Ani droższego;”
Ivonne, bałwan ze mnie! Zawsze myślałem, że umiem oddzielić plewy od ziarna, ale okazało się, że tkwiłem w noworodkowej nieświadomości. Zapomniałem o pewnej przestrodze, którą potomnym przekazał Julian Tuwim. Otóż scharakteryzował krótko cztery rodzaje ludzi. 1) Ci, którzy nie wiedzą, że nie wiedzą: to głupcy – unikaj ich! 2) Ci, co nie wiedzą, ale wiedzą, że nie wiedzą: to prostaki – poucz ich i uciekaj! 3) Ci, co wiedzą, a nie wiedzą, że wiedzą: to śpiący – obudź ich! 4) Ci, co wiedzą – i wiedzą, że wiedzą – to mędrcy, idź ich śladem! Straciłem z oczu mędrców i podążyłem śladem głupków. Na szczęście stanąłem na rozdrożu dróg, gdzie nie było żadnego drogowskazu. Wydało mi się to podejrzane, więc… postanowiłem zawrócić i poszukać tych co wiedzą i wiedzą, że wiedzą.
Ivonne, jestem poza tym z Kielc, miasta Żeromskiego, Herling-Grudzińskiego, Gołasa i Sznuka. To miasto dodaje sił i zdrowia. A jest to najprawdziwsza prawda, co potwierdza legenda, a „w legendzie przecie wiele prawdy tkwi”. Posłuchaj, Ivonne…
Przed ponad 900 laty, w miejscu gdzie dziś leżą Kielce – szumiały stare drzewa, a w gęstwinie kryły się dzikie zwierzęta. Nieprzebrane lasy przyciągały myśliwych. Nie stronił od tej rozrywki także i młody książę Mieszko, syn Bolesława Śmiałego.
Pewnego letniego wieczoru, w pogoni za zwierzyną. Mieszko zgubił swoich kompanów i
wyjechał na nieznaną polanę. Głosem rogu próbował zwołać rozproszoną drużynę, ale na próżno. Zrezygnowany postanowił nocować w puszczy. Ułożył się na miękkim mchu i wkrótce zapadł w głęboki i dziwny sen. Śnił, że w lesie napadli go zbójcy. Mieszko dzielnie walczył i wrogowie uciekli. Tylko jeden z nich pozostał i poddał się księciu. Zmęczony Mieszko poczuł silne pragnienie i rozglądał się wokoło za leśnym strumieniem. Wtedy zbójca podał mu miedzianą butelkę. W butelce tej był gorzki i piekący płyn. Książę skosztował łyk, a potem wypluł i zapragnął jak najszybciej wypłukać usta wodą. Jednak w pobliżu wody nie było. Wówczas Mieszko spostrzegł, pośród młodych drzew wielką jasność. Jasność przybrała postać św. Wojciecha, zamęczonego przez Prusaków za krzewienie wiary. Mieszko ukląkł, a Święty swoim pastorałem nakreślił na trawie krętą linię. Tym śladem popłynął strumień zimnej, źródlanej wody, która ugasiła pragnienie księcia i zmyła smak trucizny z jego ust.
Tak zakończył się ten dziwny sen. Mieszko wypoczęty wstał z leśnego posłania i ujrzał nieopodal szumiący strumień. Woda w nim była smaczna i przejrzysta, taka jak we śnie. Poczuł przypływ nowych sił. Ujął w dłonie bawoli róg i zadął. Rychło z gęstwiny puszczańskiej wyłonili się uradowani towarzysze księcia. Odjeżdżając z polany, Mieszko zauważył leżące niedaleko miejsca nocnego odpoczynku ogromne, białe kły nieznanego zwierza.
Wracał do obozu zamyślony, a po przybyciu do zamku oświadczył wszystkim, że na polanie
wybuduje gród z kościołem. Miejsce to nazwał Kiełcami na pamiątkę znalezionych ogromnych kłów a strumień Silnicą – że niby woda z tego strumienia dodaje sił strudzonym wędrowcom.
Ivonne, dzisiaj raczej nie radzę pić wody z Silnicy, bowiem zamiast dodać – odbierze siły. Ale sama myśl o cudownej wodzie działa ozdrowieńczo, zwłaszcza w ten upalny, słoneczny dzień.
Ivonne, moja Droga, Kochana Przyjaciółko… Z mojego ultrastereomonofonicznego wnętrza za pomocą jeszcze nie przegrzanych i do końca nie wyprostowanych zwojów mózgowych pozdrawiam Cię niezwykle serdecznie, cyberasertorycznymi ustami całuję Twoją buźkę, hiperempirycznymi ramionami obejmuję Twe Ciało z Tobą włącznie, a elektropredestynacyjnym wzrokiem patrzę na Twą Całość.
Adam.
Ja jestem po części z Wisły, miasta mojej Jasnowidzącej babki Agni P., Juliana Ochorowicza, Stanisława Hadyny, Jana Sztwiertni i Adama Małysza.
Legenda o powstaniu Wisły dotyczy rzeki Wisły i zasiedlenia u jej źródeł miasta. Legendę tę przytacza w swojej Monografii Wisły wydanej w 1888 roku Bogumił Hoff, uważany za „odkrywcę Wisły”. Legenda ta opracowana przez Hannę Ździtowiecką brzmi następująco:
„Wysoko nad szczytami gór wznosił się stary dwór króla Beskida, władcy całego pasma górskiego i jego żony Borany, władczyni okolicznych borów. Przez wiele lat oboje rządzili mądrze i sprawiedliwie, toteż wszyscy z żalem przyjęli wiadomość o śmierci starego króla.
Borana wezwała wtedy troje swych dzieci, by zgodnie z wolą króla podzielili się władzą.
- Ty, Lanie, jako najstarszy, opiekować się będziesz polami i łąkami. Wy zaś obie Czarnocho i Białko, rozprowadzicie wodę z górskich strumieni po polach i łąkach Lana, by wszystko, co żyje, miało jej pod dostatkiem.
Żywa, zawsze pogodna i wesoła Białka uśmiechnęła się do siostry i skacząc i tańcząc zbiegła po skałach ku widniejącym we mgle dolinom.
Poważna i zasępiona Czarnocha skierowała się na drugą stronę góry królowej Borany i
ostrożnie zaczęła schodzić po zboczu. Wkrótce obie siostry spotkały się u podnóża.
- Płyniemy dalej razem! – zawołała ucieszona Białka.
- Nigdy się już nie rozstaniemy – zapewniła Czarnocha.
Nagle przegrodziła im drogę skała, pod którą czekał rycerz Czantor w kamiennej zbroi.
- Zatrzymajcie się, piękne córki Beskida i Borany. Dokąd tak spieszycie? Po co iść do nieznanej, odludnej i dalekiej krainy? Zostańcie tu.
Siostrom podobała się ziemia Czantora. Zostały więc i z wdzięczności za gościnę zrosiły strumieniami zbocza doliny, aż zakwitły tysiącami różnobarwnych kwiatów, jakich nikt tu jeszcze nie widział.
Ale Ziemia rozkazała Czantorowi przepuścić córki Beskida przez skały, by poniosły wody dalej ku północy.
- Nie mogę pozwolić, byście obie popłynęły w obce strony. Wyślijcie przodem jedną falę na zwiady – poradził. – Niech się rozejrzy, a gdy wróci, opowie, co widziała…
Czantor rozsunął skały i pierwsza fala wyszła przez nie onieśmielona, niepewna, co ją czeka.
- Idź, falo, któraś wyszła – żegnały ją siostry. – Idź przed siebie i wracaj co prędzej z wieściami o tamtych borach i lasach, o tamtych łąkach i polach…
„Wyszła” – bo tak nazwały tę falę powstałą z połączonych wód – wypłynęła przez skalną szczelinę.
Biegła żywo po kamieniach, pluszcząc i szemrząc beztrosko. Mijała ciemne bory i jasne zagajniki, zielone pola i ukwiecone łąki…
Wtem, gdy mijała skałę wawelską, wyskoczył ku niej zaczajony tam potwór okropny, smok ziejący ogniem. Przestraszona, bryznęła mu w oczy piana wodną. Zasyczało, zadymiło i oślepiony smok skrył się na chwilę w pieczarze. Gdy wyjrzał, Wyszła była już daleko. Płynęła teraz przez urodzajne ziemie ku północy, kręcąc się i wijąc to w prawo, to w lewo, byle jak najwięcej świata zobaczyć, jak najwięcej pól zrosić swą wodą.
Przyłączyły się do niej mniejsze strumienie i rzeczki, które nie miały odwagi same zapuszczać się w obce, nieznane strony.
Płynęła coraz wolniej, coraz szerzej rozlewała swe wody, zmęczone długą drogą.
„Czas już chyba zawrócić” – myślała nieraz, ale ciekawość pchała ja naprzód.
Aż nagle zniknęły jej sprzed oczu lasy i pola. Poczuła dziwny słony smak, nieznany zapach dolatywał z północy. Nad sobą miała szare niebo, przed sobą szarą, nieogarnioną wzrokiem, łącząca się z niebem wodę, spienioną białymi grzywami. To było morze.
- Jakie to groźne, potężne i piękne – szepnęła.
Ale jej cichy głos zagłuszył gwałtowny szum, jakaś siła pociągnęła ją ku sobie i Wyszła, pierwsza fala wysłana z dalekich gór Beskidu, połączyła się z falami morskimi.
Czarnocha i Białka na próżno czekały jej powrotu. Na próżno wysłały za nią jedną falę po drugiej. Wszystkie biegły jej śladem i wszystkie po długiej drodze gubiły się w słonych wodach Bałtyku.
Z tych to fal płynących nieustannie powstała wielka rzeka, już nie „Wyszła”, a Wisła, od której obie siostry przezwano Czarną i Biała Wisełką.”

Facebook
Zwierzolubni