Mój Europejski – cz. 11

Mój syn uczęszczał równolegle do dwóch szkół podstawowych. W wieku lat pięciu zdał pomyślnie egzamin do prywatnej szkoły muzycznej a w wieku lat siedmiu rozpoczął swoją przygodę  najpierw z prywatną, znajdującą się w sąsiedztwie domu a potem publiczną szkołą podstawową. Do południa dodawał słupki a po południu ćwiczył gamy. W międzyczasie zaliczał kolejne pasy na zajęciach karate. Z tego względu ominęło go życie podwórkowe, na które nie za bardzo był czas a i również prawdą jest, że na skutek naszych ciągłych przeprowadzek podwórko zmieniało się za podwórkiem.  Szkoły zapewniały mu towarzystwo rówieśników, tak ważne w  dzieciństwie z punktu widzenia socjologii i rozwoju małego człowieka, na wakacje wyjeżdżaliśmy przeważnie w towarzystwie przyjaciół i ich pociech a w dni wolne od nauki dzieci były zapraszane do naszego domu. Nie potrafię jednoznacznie powiedzieć, czy dzięki temu, że czas miał intensywnie wypełniony uniknął pułapek i grzechów młodości w postaci wpadnięcia, jak to się mówi, w „nieodpowiednie” towarzystwo.  Do szkół uczęszczał chętnie, uczył się dobrze, dwie klasy podstawówki, czwartą i piątą, zaliczył w ciągu jednego roku. Indywidualny tok nauki szkoły prywatnej pozwalał na tego typu „kombinacje”.  W obu szkołach co i rusz coś się działo, występy, bale i wycieczki szkolne. Mam więc nadzieję, że swoje dzieciństwo wspomina pomimo wielu obowiązkowych zajęć, dobrze.

Bywał też u mnie w pracy, za zgodą dyrekcji hotelu udawało się od czasu do czasu skorzystać z basenu czy też spożyć posiłek w restauracji. Oprócz, do czasu, nieodpłatnych posiłków dla pracowników w kantynie pracowniczej innych darmowych obiadów nie było. Zasada była prosta i czytelna dla wszystkich. Za wszystko się płaci. Nawet za posiłki służbowe, biznes lancze czy kolacje, kawę z klientem i wodę mineralną przy zastosowaniu zniżki w wysokości do przełknięcia, zawsze powyżej kosztu wytworzenia tym samym nie narażając firmy na mniej lub bardziej uzasadnione lub nie, koszty.

W 1992 roku do Polski wszedł przebojem McDonalds. Dzieciaki uwielbiały buły nadziewane topionym serem i frytki popite wielkim kubkiem coca-coli. Stało się modnym aby przyjęcia urodzinowe małolatów urządzać u McDonalds’a i też co chwila mój syn biegał na takie przyjęcia do swoich szkolnych kolegów i koleżanek z jednej albo drugiej szkoły. Ja, w odpowiedzi na buły marki McDonalds wymyśliłam w jego urodziny 1993 roku gorącą czekoladę w hotelu „Europejski” a dokładnie w sali Pompejańskiej, o której wspominam w poprzednich opowiadaniach o tym hotelu. W sali Pompejańskiej stał fortepian a syn ukończył klasę fortepianu. Sala była przestronna tak więc w przyjęciu uczestniczyli również rodzice popijając kawę z boku i nie przeszkadzając w dzikich swawolach swoich pociech.

Niby nic wielkiego, chipsy, owoce i napoje, które przyniosłam z domu, gorąca czekolada, kawa herbata i oczywiście tort do zdmuchnięcia świeczek. A ile radości i niezapomnianej zabawy…..I zaprzyjaźniony clown ze szkoły muzycznej, który w prezencie dla mojego syna przyjął zaproszenie na przyjęcie. Sadzę, że finansowo znalazłam się dużo poniżej poprzeczki stawianej wtedy przez modnego producenta fast food.

Powyższe przypomniało mi się w kontekście artykułu „Co robi dla ciebie Twój szef” autorstwa Patrycji Kalety na dzisiejszym OnetBiznes. „Dobry szef to taki, który zapłaci za Twój pogrzeb, sfinansuje zapłodnienie in vitro, a kiedy żona Cię zdradzi, wyśle Cię na urlop, żebyś wyleczył złamane serce. Zdarza się nawet, że szef robi kawę swojemu podwładnemu, a wszystko po to, żeby pracownik był zadowolony.”

Nie wnikam, w jaki sposób szef rozlicza służbowe pieniądze wydane na prywatne potrzeby pracownika, nasze polskie prawo podatkowe jest mało elastyczne w tym względzie ale to robienie kawy nawet mi się podoba. Nie mam pojęcia jaką kawę parzył mój wieloletni szef gdyż w hotelach Victoria i Europejski miejsc, gdzie parzono kawę było wiele więc chyba mocno bym się zdziwiła, gdyby nagle dyrektor hotelu zaczął parzyć kawę w ekspresie dla na przykład barmana. Ale to specyfika pracy. Mój szef zrobił dla mnie bardzo dużo na moim prywatnym, nie zawodowym podwórku i to wyciągnięcie ręki za każdym razem, kiedy miałam  poważne problemy zdrowotne lub osobiste cenię sobie o wiele bardziej niż parzenie kawy w miejscu pracy. A swoją drogą cieszę się, że jak pisze w artykule Patrycja Kaleta:

„Rynek pracownika zmienia się w rynek pracodawcy” – krzyczały media w najgorętszym okresie kryzysu. Teraz firmy na nowo przekonują się, że o wartościowego pracownika należy dbać. Dlatego coraz częściej słyszymy o oryginalnych świadczeniach pozapłacowych – tzw. benefitach pracowniczych. Służbowa komórka, laptop i lekcje angielskiego nikogo już nie dziwią. Świadomi swojej wartości pracownicy oczekują teraz o wiele więcej. Pracodawcy sięgają zatem po bardziej nietypowe rozwiązania motywacyjne.”

chociaż za bardzo w to nie wierzę.  Kiedy w 2005 roku Hotel Europejski był likwidowany w pojęciu prawa pracy decyzją francuskiego prezesa Orbisu, żaden z pracowników Europejskiego już zatrudnienia w tymże Orbisie nie znalazł. O ile sobie przypominam w momencie likwidacji w hotelu, niezależnym pracodawcy, zatrudnionych było ok. 160 osób. Wygląda na to, że żaden z nich nie zasłużył sobie na miano wartościowego dla firmy nie mówiąc już o podaniu kawy przez francuskiego przełożonego.

Zdjęcia: J.Bartuszek, sala Pompejańska, hotel Europejski, 1993 – Archiwum Jarzębiny

Ten wpis został opublikowany w kategorii Barometr hotelowy, MOJE OPOWIADANIA i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Mój Europejski – cz. 11

  1. Ulla pisze:

    Ja też Iwonka nie za bardzo w to wierzę. Moim zdaniem to, o czym pisze Pani Kaleta to zabiegi czysto PR’owskie, które mają przekonać potencjalnych klientów i kontrahentów, że „w naszej firmie dobrze się dzieje”. Od wewnątrz prawda wygląda często (a może i nawet najczęściej) zupełnie inaczej. Pracownik dostaje komórkę i laptopa bo to jest korzystne dla firmy. Nie wspomnę już o tym, że niektórym przełożonym parzenie kawy podwładnemu miesza się z pójściem z nim ….wiadomo gdzie (oczywiście w ramach „nietypowego rozwiązania motywacyjnego”). Podstawową wartością jest zysk osiągany przez akcjonariuszy (o czym w ostatnich latach bardzo często przypomina się w Orbisie zarządzanym przez francuską korporację). Na stronie internetowej Orbisu, w zakładce Kultura Organizacyjna widnieje napis „Dbając o dobro firmy oraz jej pracowników kierujemy się kilkoma uniwersalnymi wartościami, które w pełni oddają atmosferę pracy w naszej firmie”. Czyżby to właśnie w ramach tych UNIWERSALNYCH wartości 160 pracowników Hotelu Europejskiego „przeminęło z wiatrem”? Kilka lat temu IKEA zwalniała dużą grupę pracowników w jednym z oddziałów w Polsce. Na rok (sic!) przed tym faktem zorganizowano im pomoc w zatrudnieniu w innych oddziałach lub w innych firmach. Dodam, że IKEA na stronach internetowych nie ma zakładki „kultura organizacyjna”. W ostatnich latach nawet administracja publiczna popłynęła z prądem nowoczesnego zarządzania….ale głównie na papierze. Powprowadzano służby przygotowawcze, kodeksy etyki… I co? I nic! Niektórzy nie wiedzą, co to zwykła ludzka przyzwoitość. Ech….pewnie jest gdzieś taka Pandora, jak u James’a Cameron’a – oczywiście mam na myśli Pandorę przed inwazją. Na razie wiedzę, że jest coraz więcej Avatar’ów (niektóre to nawet kawę podają). Pozdrawiam.

  2. Halina Skoczek pisze:

    Przykre to, niestety….

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free