Wczorajszy spacer po Krakowskim Przedmieściu zaowocował moim niezamierzonym
udziałem w dwóch manifestacjach, w których uczestniczyło więcej pracowników służb odpowiedzialnych za porządek publiczny niż zwolenników poparcia Janusza Palikota na Prezydenta oraz agitujących nie dosłyszałam do czego pod hasłami 4 czerwca 1989 czyli datą pierwszych wolnych wyborów. Nie mam pojęcia, czy był to zamierzony zbieg okoliczności, być może pan Janusz Palikot życzyłby sobie takiej frekwencji i takiego poparcia, jakie otrzymała wtedy od narodu Solidarność i „drużyna Lecha” w Sejmie. „Do Sejmu kandydowali między innymi Henryk Wujec, Jan Maria Rokita, Janusz Onyszkiewicz, Adam Michnik, Jacek Kuroń, Jan Lityński czy Bronisław Geremek. Do Senatu – Jarosław i Lech Kaczyńscy, Bogdan Lis, Anna Radziwiłł, Zbigniew Romaszewski, Zofia Kuratowska, Gustaw Holoubek, Tadeusz Zieliński czy Andrzej Wajda” – Wikipedia.
Wtedy, pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku nikt mi nie musiał mówić na kogo mam głosować i zachęcać do samego aktu głosowania. Moja legitymacja NZZ „Solidarność” w orbisowskich hotelach „Victoria-Europejski” nosi numer 1, gdyż wchodziłam w skład powołanej przeze mnie komisji, która z kolei te związki w firmie powołała. Zrezygnowałam z członkostwa dopiero wtedy, kiedy awansowałam na dyrektorskie stanowisko, żeby nie dostać schizofrenii w procesie zarządzania i żeby nikt nie miał wątpliwości, po której stronie w tymże procesie stoję.
Wiele wody upłynęło od tamtego czasu. Dzisiaj na politycznym polskim firmamencie widzę te same nazwiska i twarze co w 1989, oprócz tych którzy odeszli, jak Bronisław Geremek, Lech Kaczyński czy Gustaw Holoubek. Do urn idę tylko dlatego, iż mój syn na mnie nalega do tego stopnia, że przyjeżdża po mnie i mnie do tej urny na siłę prowadzi wskazując na opcje i nazwiska, które są zgodne z jego przekonaniami. Chętnie wspieram syna, tym bardziej, że w poglądach politycznych nie mamy rozbieżności oprócz tej jednej podstawowej, że on się polityką interesuje a ja nie.
Jak zwykle zajrzałam w to deszczowe popołudnie do hotelu Europejskiego, którego tak na
dobrą sprawę nie da się ominąć spacerując Krakowskim Przedmieściem. Trochę gastronomii i trochę butików na parterze poprawiło wizerunek popadającego w ruinę budynku. Rozstawione przed wejściem od Krakowskiego Przedmieścia stragany z gorącymi oscypkami nadają tradycyjny, góralski klimat Traktowi Królewskiemu a ogródek a raczej miejsce po ogródku letnim od strony Placu Piłsudskiego po prostu straszy.
Żałuję, że nie mam zdjęć tego ogródka za czasów jego świetności. Pod opowiadaniem „Mój Europejski – cz.7 Pan Krzysztof Edmund Wojciechowicz zamieścił wspomnienie o hotelu Europejskim, dla mnie tym cenniejsze, że dotyczące okresu, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było a w chwilę później moja mama męczyła się z moimi pieluchami. Między innymi wspomina też wyżej wspomniany ogródek:
” W każdym razie, jak najmilej wspominam instytucję zwaną Europejskim, w której spędziłem kawał życia. Wejście do niej odcinało człowieka od szarzyzny czasów demoludów; spotykało się tam dziennikarzy zagranicznych i inne ciekawe osobistości.
Najprzyjemniejsze wspomnienia mam z kawiarnianego ogródka, od strony placu Saskiego. Wszystko to tworzyło namiastkę Zachodu, tak pożądaną w szarej rzeczywistości polskiej. Jeśli zawdzięczaliśmy to dyr. Stopie – chwała mu za to!”
Dyrektor Stopczyk chyba już do końca życia zostanie Stopą, a nawet więcej, bo z przedrostkiem dyr. W hotel Europejski przez długie lata niewiele się inwestowało w porównaniu z siostrzanym hotelem Victoria ze względu na ślimaczący się proces z przedwojennymi właścicielami budynku. Gdyby sprawa była oczywista, nie trwałoby to wszystko tak długo ale słuszne racje były po obu stronach sporu i ciągle nowe dowody w sprawie a także zawirowania formalne, o których nie będę tutaj wspominać, przeciągały sprawę w nieskończoność. Ogródek „odświeżony” został więc pod koniec lat dziewięćdziesiątych własnymi staraniami pracowników hotelu Europejski w oparciu o sponsorów zainteresowanych zainwestowaniem w prestiżowe, świetnie zlokalizowane i chętnie odwiedzane przez warszawiaków miejsce.
Pojawiły się lampiony, starannie dobrane kwiaty, nowe meble ogrodowe i muzyka do
deserów podawanych z bezpośrednio sąsiadującej z ogródkiem kawiarni oraz do przekąsek serwowanych z restauracji Przy Ossolińskich, której okna wychodziły na dawny Plac Saski. Przecięłam wstęgę po czym nie raz z przyjemnością zasiadałam w tym miejscu do rozmów biznesowych i prywatnych spotkań preferując świeże powietrze i wspaniały widok na Plac Zwycięstwa i Grób Nieznanego Żołnierza w miejsce klimatyzowanych sal hotelu Victoria.
Świętowaliśmy to otwarcie tak jak świętowaliśmy każdą, nadarzającą się w skali firmy okazję do świętowania we wspólnym gronie lub w szerszym gronie również stałych gości hotelowych, którzy przez kilkadziesiąt lat przyjazdów stali się dla nas jak członkowie naszej „orbisowskiej rodziny”.
Mam przed sobą ukazujący się cyklicznie i redagowany przez Krysię Pietruszewską Kalendarz Kulinarny Hotelu Orbis Europejski. „Październik, listopad, grudzień 1998 - Restauracja Przy Ossolińskich : 13 – 18 października Przysmaki z leśnych grzybów, 17-22 listopada Chłopskie jadło, 8-13 grudnia W świątecznym nastroju. Nasza oferta specjalna: sprzedaż potraw na wynos. Zamówione potrawy będą czekały na Ciebie w wyznaczonym dniu i o wyznaczonej godzinie.”
Kupowałam te potrawy na wynos przy okazji Świąt i innych domowych uroczystości. Chyba miałam jakąś zniżkę, jak wszyscy pracownicy, dobrze nie pamiętam. Pyszne śledzie, pasztety, ryby i mięsa w galarecie oraz ciasta. Czasami cały bagażnik samochodu zapakowany i wolne od grzania się przy kuchni Święta. „Kiermasz Świąteczny” w Hotelu Orbis Europejski z daniami na wynos dla warszawiaków wszedł do tradycji miasta.
Dzisiaj widok na Grób Nieznanego Żołnierza niby taki sam i Plac Zwycięstwa również, wzbogacony o biurowiec Hinesa, którego nowoczesną architekturę nikt nie oprotestowywuje w ramach dyskusji o wygląd Osi Saskiej jak ma to miejsce w przypadku hotelu Victoria.
Plac Zwycięstwa
Oto Plac Zwycięstwa w Warszawie
Przez lata różne nazwy nosił ten plac
Panowie sascy przeminęli w niesławie
Na pamięć Marszałka nadszedł czas
Stanął pomnik skromnie przy skwerze
Warta z dala przy Żołnierzu Nieznanym
Ogrodzie w kwiaty zdobnym świeże
Fontanie szumiącej wciąż zakochanym
Co dnia przez lata na plac patrzyłam
Historię kraju tu zdarzeniami spisaną
Na kamiennych płytach czas odbijał
Też moją historię nikomu nie znaną
Ślubną wiązankę tutaj przyniosłam
I kwiatów naręcza zaraz po ślubie
Do krzyża, gdzie msza podniosła
Łańcuchy niewoli poddała próbie
Gdzie na ołtarzu spoczął Kardynał
Papież przesłaniem nadzieję głosił
Na kamieniach tu czas się zatrzymał
O kamienne tablice aż się czas prosił
Pamiętam rząd niezliczonych defilad
I przez rządy wielkie wieńce składane
Niepowtarzalne wzruszenia chwile
Chwile wspaniałe i niezapomniane
Może mnie ktoś tam znowu zabierze
I znany mi plac się okaże nieznanym
W ogrodzie kwiaty zakwitną świeże
Fontanna rozszumi się zakochanym
Dyrektor Stopczyk powiedział do mnie po napisaniu przeze mnie opowiadania o Europejskim cz. 7:
- widzę, że dobrze pamiętasz
Nie wiem czy dobrze pamiętam. Pamięć jest wybiórcza i nie rejestruje po wsze czasy wszystkiego. Jest poza tym subiektywna, gdyż uwzględnia subiektywny punkt widzenia. Staram się być rzetelna i obiektywna w zgodzie ze swoją pamięcią i ogromnie żałuję, że dyr. Stopa nie spełnił oczekiwań Prezesa Orbisu i swojego przyjaciela zarazem w kwestii spisania hotelarskich wspomnień na miarę co najmniej „Ballady hotelowej” Wiesława Górnickiego.
Zdjęcia: Krakowskie Przedmieście 10 czerwca 2011, otwarcie ogródka letniego po remoncie, roku
nie pamiętam, od lewej stoją: Krystyna Pietruszewska – PR, Agnieszka Kasprzak – Marketing, Wiesława Ramus – kierownik pięter (Housekeeping), Zofia Kowalczyk – kierownik gastronomii (F&B), Bożena Kucharczyk – kierownik techniczny (Maintenance), Teresa Wojniak – kierownik recepcji (Front Offcie); Plac Piłsudskiego, maj 2011 – Archiwum Jarzębiny
Komentarz na FB: Barbara napisała: w Europejskim była na dole firmowa cukiernia- ciasto z brzoskwinią pod galaretka, sękacze czyli bankucheny, niezła tez szarlotka- kupowałysmy z Mamą jak znajomi zapraszali- nie wypadało z gołą ręką…iść… a w piwnicy Europejskiego nocny klub -Kamieniołomy – rewia o 00, jak pamiętam 5 zł wejście- 100 konsumpcja- byłam jako nastolatka z siostrą i szwagrem-inny świat w czasach PRL- śpiewał Buczek…ludzi nie pamietam bo to ponad 40 lat minęło ,ale przetańczyliśmy do rana-a o bywalcach knajpy to krążą anegdotki do dziś !
O stałych bywalcach Kamieniołomow to krążyła anegdotka: tu przychodzili po spędzeniu wieczoru suto zakrapianego w Kameralnej-tam już zamykali-a co zrobić z resztą nocy, jak tak dobrze sie zaczęło? W kameralnej było nieco taniej -słynne danie- pularda w rosole.Ja nie mieszkałam w W-wie , przyjeżdżałam do starszego rodzeństwa i czasem z nimi wychodziłam na kolacje itp.”

Facebook
Zwierzolubni