Tam nad Wisłą, w dolinie siedziała dziewczyna
Była piękna jak różany kwiat….Maki i róże zbierała sobie
Wiła wianki i wrzucała je do falującej wody
Wiła wianki i wrzucała je do wody…..
Dalszy ciąg piosenki biesiadnej mówi o rycerzyku, z którym dziewczyna jak róży kwiat udała się w świat daleki by po dziewięciu miesiącach powrócić nad Wisłę i wylewać do niej łzy:
Miłość ach miłość zdradziłaś Ty mnie
I rzuciła się z rozpaczy do tej falującej wody
I rzuciła się z rozpaczy do tej wody
Niczym Wanda, co Niemca nie chciała z tą różnicą, że to dziewczę chciało rycerzyka a on ją porzucił. Dwie smutne topielice unoszące się w legendzie i w piosence nad powierzchnią wody, spowite w opary nad bagnami w księżycową noc.
„O bogowie, o, bogowie moi! Jakże smutna jest wieczorna ziemia! Jakże tajemnicze są opary nad oparzeliskami! Wie o tym, kto błądził w takich oparach, kto wiele cierpiał przed śmiercią, kto leciał nad ziemią dźwigając ciężar ponad siły. Wie o tym ten, kto jest zmęczony. I bez żalu porzuca wtedy mglistą ziemię, jak bagniska i rzeki, ze spokojem w sercu powierza się śmierci, wie bowiem, że tylko ona przyniesie mu spokój” – Michał Bułhakow, Przebaczenie i wiekuista przystań, Mistrz i Małgorzata.
Tegorocznej nocy sobótkowej i ja się wianka doczekałam, który ponoć, po puszczeniu go na wodę, dawał mi szansę na znalezienie narzeczonego według własnej woli i bez obrazy obyczaju. Wianek nawet się od brzegu nie raczył oddalić. Może fala była za mała? Na pocieszenie pomyślałam sobie, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Mężczyznę sobie zjednać nie jest trudno, znacznie trudniej jest się go pozbyć, czego doświadczyłam na własnej skórze i drugi raz doświadczać już nie chcę. Tuż przed północą udałam się na poszukiwanie kwiatu paproci, który wróży pomyślny los. Powoli zagłębiałam się w ciemny las a od ogniska, nad którym chybotał się kociołek z wywarem magicznych ziół i wnętrzności różnych zwierząt dochodził mnie coraz ciszej i ciszej motyw znanej „piosenki ludowej”…Na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek, a przed nią bieży baranek a nad nią lata motylek…
Przede mną bieżył pies.
„Noc jęła okrywać czarną chustą łąki i lasy, noc zapalała gdzieś tam w dolinie smutne ogniki, nie interesujące już teraz ani mistrza ani Małgorzaty, niepotrzebne im, obce ogniki. Noc wyprzedzała kawalkadę, zasnuwała ja z góry i to tu, to tam rzucała na osowiałe niebo białe plamki gwiazd” – jak wyżej.
Nie wzięliśmy ze sobą ani świecy ani latarki obijaliśmy się więc o drzewa pochylając się co
chwila do leśnego runa aby wywąchać lub wymacać kwiat jednej nocy. Zniechęceni poszukiwaniami na oślep już chcieliśmy zawrócić gdy nagle spoza drzew wyjrzał księżyc i oświetlił nam drogę. Nie na darmo Pindar nazwał go okiem nocy a Horacy królową ciszy. Cisza panowała wokół jak makiem zasiał, chociaż maki dopiero co kwitnąć zaczęły.
Pies oderwał nos od ziemi a ja się uśmiechnęłam do naszego srebrnego wybawcy i przyjaciela. Na zegarze wybiła północ, paproci żadnej w najbliższym sąsiedztwie widać nie było ale za to w księżycowej poświacie wykwitł dobrze mi znany kształt białej Toyoty, równie bezskutecznie w ciemnościach poszukiwanej.
Odpaliłam silnik, włączyłam światła, pies się zwinął w kłębek na przednim siedzeniu po czym natychmiast usnął a ja ruszyłam w drogę podśpiewując pod nosem: na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek…
Motyl nad moją głową nie krążył ale księżyc wisiał dalej i wskazywał drogę aż do autostrady.
„Noc gęstniała, pędziła obok nich, chwytała galopujących za płaszcze, zdzierała je z ramion, odsłaniała prawdę. I kiedy owiewana chłodnym wiatrem Małgorzata otworzyła oczy, zobaczyła, jak zmieniają się pędzący ku swojemu celowi. Kiedy zaś zza skraju lasu wypełznął na ich spotkanie okrągły purpurowy księżyc, wszystkie pozory znikły, runęły w moczary i rozpłynęły się we mgłach nietrwałe czarnoksięskie kostiumy” – jak wyżej.
Kupalnocka to święto miłości, w czasie którego dwa wrogie sobie żywioły – ogień i woda – godzą się ze sobą a słońce łączy z księżycem. Bez księżyca tej najkrótszej nocy w roku do domu bym nie trafiła przed świtaniem. Ogień to bóg zstępujący z nieba na płomiennym rydwanie lub w krzaku gorejącym, westalki podtrzymujące palące się ognisko na ołtarzach, ciepło i oczyszczenie ale też gorąc piekielny. Feniks spala się aby powstać z popiołów a w noc świętojańską skacze się przez ogień. Woda to źródło życia i jego ocalenie na pustyni, potop i tsunami, również rytualne oczyszczenie a w noc świętojańską płonące wianki puszcza się na wodę. Słońce daje życie i indywidualność a Księżyc wrażliwość. Kupalnocka to też wróżby i gusła. Powróżyłam więc sobie i ja tej nocy sobótkowej.
Wróżyłam z kwiatów dzikiego bzu, z małych białych płatków rumianku, z róż czerwonych i
herbacianych a na koniec z dorodnych malw strzelających w niebo pod płotem.
Zobaczyłam jeźdźca daleko hen, na horyzoncie, gdzie poranna jutrzenka dopiero wyblakłe niebo rozświetlać poczęła a skowronek właśnie miał obwieścić poranek…prrrit, prrrit, prrrit.
Koń cwałował jakby chciał dokądś zdążyć nim skowronek rozpocznie swe trele a niebo zaleje się czerwienią wschodzącego słońca. Jeździec ubrany był w błękitną oręż a pawie pióra na jego hełmie niczym husarskie skrzydło chybotały się miarowo wraz z krokami konia. I nagle bladym świtem….
I nagle
Bladym świtem powieka zbudzona zadrżała
Gwiazdy wyblakłe i niebo wyblakłe nastało
Skowronek tylko w górę się wzbił, pofrunął
Na bezbarwnym niebie dźwięczną zagrał struną
I nagle
Drzew jesiennych, starych dębów tonem
Niczym wież stromizną, wież dalekich ogromem
Pożar zalał niebo, zapłonęło czerwienią
Słońce wzeszło, skowronek je obudził nad ziemią
Z tych niebios od ptaka lotu pożarem zalanych
Na chmur rumaku do mnie zdąża ukochany
Nie bacząc, że koń z pyska już toczy pianę,
On pędzi galopem… z uwięzi zerwany……
Przetarłam oczy z niedowierzaniem i w tejże samej chwili usłyszałam pierwsze prrrit, prrrit, szary skowronek poszybował nad moją głową a promyk słońca rozpalił na mym licu rumieniec. Stopy oderwały się od ziemi i poczęły zbiegać ze wzgórza razem ze mną na spotkanie ukochanemu.
” – Rycerz ten zażartował kiedyś niefortunnie – odpowiedział Woland odwracając ku Małgorzacie twarz i spokojnie płonące oko. – Kalambur, który wymknął mu się podczas pewnej rozmowy o świetle i ciemności, był nie najlepszej próby. I przyszło rycerzowi żartować więcej i dłużej, niż przypuszczał. Ale dziś jest noc dokonywania rozrachunków. Rycerz swój rachunek zapłacił i zamknął” – jak wyżej.
Otrząsnęłam się z płatków kwiatowych rozsianych na mojej sukience. W dali zagrzmiało i na pogodnym dotąd niebie zalśniła błyskawica. Pies podkulił ogon, zaczął się kręcić niespokojnie w kółko po czym dał dyla cwałem w krzaki. Znak?
„ Jeżeli prawdą jest, że tchórzostwo to najstraszliwsza z ułomności, to temu psu zarzucić go raczej niepodobna. Jedyną rzeczą, której bało się to nieustraszone zwierzę, była burza. No cóż, ten, który kocha, powinien dzielić los tego, kogo kocha” - Przebaczenie i wiekuista przystań.
Burza przeszła bokiem, pies doczłapał się z powrotem do moich kolan, ja z kolei wstałam ze swoich i wspólnie już poczłapaliśmy ku ognisku, przy którym grono zawodziło zgodnym chórem: Na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek, a przed nią bieży baranek a nad nią lata motylek…

Facebook
Zwierzolubni