Kochana Agniu – leżę miesiąc w łóżku z nogą w gipsie i dopiero dzisiaj uzyskałam papier listowy (koleżanka mi przyniosła). Przede wszystkim dziękuję Ci za prześliczne prezenty, które otrzymałam. Śliczne to rzeczy i wykosztowałaś się na nie a przecież nie masz pieniędzy i wiesz, że nie mogę Ci niczego przysłać.
Złamałam nogę w kostce. Ostatni raz byłam na balu dwa miesiące temu. Teraz, kiedy wiem gdzie są tańce (zawsze były tylko ja nie wiedziałam), gdybyś tu była tańczyłybyśmy sześć razy w tygodniu. Ale co tu o tym mówić, omnibus do centrum to już wydatek poważny, jeśli pomnożyć przez miesiąc obiad taki, jaki jadłyśmy w Wiktorii już kosztuje 6 dolarów….nie miałabym ani na hotel ani na omnibus.
Pogoda i klimat kompletnie nienormalny, zima aż do teraz i kiedy wreszcie zrobiło się ciepło ja nie mogę wyjść z domu. Pojutrze muszę iść do szpitala by obejrzeli nogę, może dadzą obcas z gipsu. Najgorzej to wejść i zejść po schodach skacząc na jednej nodze, gdyż drugą nie wolno mi dotknąć podłogi.
Jestem całymi dniami sama, Romek wraca z pracy po szóstej. Pracuje w tym roku w biurze w Kurytybie. W piątki, soboty i niedziele jest na plaży a córka tez zawsze gdzieś się na słońcu praży. Ale koleżanki z tańców mnie odwiedzają, pozmywają mi szklanki, ugotują coś na dwa-cztery dni. Teraz, kiedy się rozniosło tam gdzie tańczyłam, że złamałam nogę, niektórzy starsi panowie też mnie odwiedzają. Mam teraz więcej wielbicieli niż jak kiedy byłam zdrowa.
Wczoraj przyszli dwaj. Jeden bardzo skromny i biedny i beznadziejnie we mnie zakochany, drugi bogaty i przystojny. Inny znowu pożyczył mi krzesło na kółkach, takie dla inwalidów i to mi bardzo pomaga. Z łóżka do łazienki skaczę podpierając się na miotle i lasce, która inny pan mi pożyczył. W kuchni jeżdżę na kółkach od pieca do lodówki. Narzeczona Stacha przyjeżdża raz w tygodniu i mi pomaga wejść do boksu i mnie myje jak dziecko. Siostrzenica męża, moja przyjaciółka, też przyjeżdża omnibusem, myje, sprząta co Romek nabałagani, wypierze bieliznę itp. Dzisiaj jestem wykąpana i włosy pomalowane na ciemny blond, bardzo ładne.
Mój problem, to znaleźć kogoś, kto mógłby przebywać ze mną sporo czasu ale nie na stałe z powodu syna i jego choroby. Zabawić się jeszcze póki mogę ale nie chcę mężczyzny w domu. Potem sobie zawsze znajdę jakieś zajęcie, nigdy nie będę apatyczną staruszką.
Na balach sporo mężczyzn ale żonaci i nie mogą wyjść nigdzie wieczorem lub zaprosić na obiad lub kolację. Rozwiedzeni zaś nie chcą wpaść po raz drugi, zmieniają kochanki jak skarpetki, co jest bardzo niebezpieczne z powodu AIDS.
Mężczyzny do łóżka, gdybym chciała, nie braknie ale już dawno temu nikogo nie zaprosiłam. Wolałam pojechać do S.Paulo i spotkać się z Poti………….”
Sporo racji jest w powiedzeniu, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Mój były mąż nigdy nie wspierał mnie w chorobie, odkąd pamiętam. Wydawało mi się to na tyle dziwne, powiem inaczej, nienormalne, że zaczęłam go podejrzewać o skłonności socjopatyczne. Mówiąc o wsparciu nie mam na myśli nic wielkiego, ot, podanie szklanki herbaty, kiedy byłam ograniczona ruchowo czy sama obecność w domu, kiedy czułam się bardzo źle tracąc przytomność z powodu wysokiej gorączki. W końcu skończyło się to tragicznie ale to już historia.
Gdy jeszcze żyła, przyjeżdżała moja mama aby się mną opiekować a kiedy zmarła radziłam sobie sama, czasami prosząc syna o drobne czynności domowe albo sprzątnięcie wokół mnie, gdyż w chorobie, jak wiadomo, różne rzeczy się zdarzają niezależnie od naszej woli.
Niedawno sąsiad miał skomplikowane złamanie kolana, wiem, że mieszka sam a rodzinę ma daleko, więc za oczywiste uznałam zapytanie, czy mu czegoś nie ugotować albo nie załatwić. Po prostu, czy nie potrzebuje pomocy. Kiedy leżałam jakiś czas temu w szpitalu na prowincji przyjaciele pytali o mój stan zdrowia, rokowania w leczeniu i czy nie przyjechać, żeby dać mi wsparcie tylko swoją obecnością, gdyż z resztą radziłam sobie nieźle sama. Dla mnie są to sprawy tak oczywiste, że pomimo, iż dźwigam trochę lat na karku i ze znieczulicą zetknęłam się miliony razy, do dziś nie pojmuję psychiki, która pozwala ludziom przechodzić obojętnie obok czyjegoś cierpienia czy niepełnosprawności. Jedni pomoc przyjmują z wdzięcznością a nawet ją brzydko wykorzystują, inni radzą sobie jak mogą nie chcąc wykorzystywać do skrajnych wypadków włącznie. Jakiś miesiąc temu obiegła internet wiadomość o zgonie człowieka, który konsekwentnie odmawiał pomocy sąsiadki w chorobie aż zszedł z tego świata. Nie tenże fakt był jednak sensacją internetową a nieprawdopodobny ponoć bród i smród, który zastano w mieszkaniu po jego śmierci…..Ludzie czasami sami nie zdają sobie z tego sprawy, że potrzebują pomocy…….psychiatry.
Koszty analfabetyzmu emocjonalnego ponosimy wszyscy, czyli społeczeństwo. Bez ludzi społeczeństwo nie istnieje a od jakości jednostek zależy jakość otoczenia, w którym żyjemy. Wcale się nie dziwię mojej przyjaciółce, że ukochała psy a ludzi miała czasami serdecznie dosyć….

Facebook
Zwierzolubni