Pod koniec 2005 roku, po bardzo długiej i wyczerpującej, przynajmniej dla mnie, walce,
podczas której próbowano mnie pozbawić wszystkiego a przez wszystko należy rozumieć wszystko do godności osobistej włącznie podpisałam porozumienie o odejściu z Orbisu po trzydziestu latach pracy. Wtedy to poprosił mnie do swojego gabinetu jeden z członków zarządu. Siedząc za swoim wielkim biurkiem i nonszalancko przeglądając papiery w którymś momencie uniósł głowę z nad raportów operacyjnych i uśmiechając się równie nonszalancko zapytał:
- no i co ty teraz będziesz w życiu robiła?
W kilka lat później, kiedy to dopiero co zakończył się ponownie kolejny, długi etap w moim życiu, tym razem osobistym, usłyszałam ponownie to samo zdanie. Wygłoszone równie nonszalancko pomiędzy jednym kęsem kanapki a drugim, również przez członka zarządu, tylko innej organizacji i w zupełnie odmiennych okolicznościach.
Równie dobrze można było zadać to samo pytanie, tylko inaczej:
- jakie masz plany na przyszłość?
Inny członek zarządu Orbisu, z którym rozmawiałam w chwilę później, zadał je dokładnie w ten sposób dodając, że jeżeli będę potrzebowała referencji na przyszłość u nowego pracodawcy to mam się nie krępować i podać jego numer telefonu.
Przyznaję, że nie lubię nonszalancji a nawet bardziej. Po prostu jej nie znoszę. I nie mam tutaj na myśli stylu bycia w postaci „dyskretnej, eleganckiej nonszalancji” wyrażonej głównie w ubiorze i sposobie jego noszenia. Według słownika wyrazów obcych słowo to wywodzi się z francuskiego „nonchalance” i oznacza bezceremonialny, niedbały sposób zachowania oraz lekceważący stosunek do otoczenia. W obydwu wypadkach, tak się złożyło, że tym otoczeniem byłam ja.
Pytanie było jak najbardziej na miejscu, być może powinnam się nawet czuć podbudowana, że ktoś się interesuje moją przyszłością a dalej idąc, że być może nawet wykazuje troskę o moje niepewne jutro i nie najlepszy stan emocjonalny bezpośrednio „po przejściach”. Ale tak się nie stało. Komunikat był spójny i czytelny, z mową ciała szły w parze słowa. Nie bez znaczenia jest tutaj również pozycja zawodowa obu panów, która rzadko idzie w parze, szczególnie u nuworyszy, z obyciem społecznym. O empatii już nie wspominam, gdyż powszechnie wiadomo, że panowie mają z nią problem.
Dla przypomnienia powiem więc tylko, że empatia jako kompetencja społeczna opiera się na własnej samoświadomości uczuciowej i jest fundamentalną umiejętnością obcowania z ludźmi.
Każdy nowy etap w życiu, który zmienia diametralnie dotychczasowy jego bieg jest zawsze olbrzymim stresem, z którym nie każdy umie sobie poradzić. Przykładem niech będą tutaj odejścia na emeryturę, kiedy to niektórzy ludzie nie potrafią się psychicznie odnaleźć w nowej sytuacji życiowej i do niej zaadaptować, co w rezultacie kończy się sytuacją traumatyczną do samobójstwa włącznie. Przykładem może być również tak zwany syndrom opuszczonego gniazda, kiedy to dzieci wychodzą z domu a rodzice nie potrafią sobie miejsca znaleźć i tracąc cel w życiu dalej się angażują w życie swoich latorośli, usiłując o nim decydować. I ostatni przykład, który podam, to depresja poporodowa wymagająca pomocy medycznej. Wszystkie te trzy przypadki związane są z obawą o niepewność jutra.
Kończąc temat nonszalancji powiem tylko, że żal jest mi ludzi, którzy z nonszalancją traktują swoje otoczenie, gdyż prędzej czy później to otoczenie odpowie im tym samym.
Odnośnie „robienia czegoś w życiu” faktem jest, że powinno się mieć na to życie po zmianie pomysł i chęć aby podążać za pomysłem. Wsparcie otoczenia jest wtedy bardzo pomocne a tym wsparciem może być jedynie dobre, zachęcające lub pocieszające słowo i czasami ono wystarczy. Tak się składa, że mam znajomych w różnym wieku, widzę jak sobie radzą i to mnie podnosi na duchu. A najbardziej mnie podnoszą seniorzy, którzy robią znakomite rzeczy i niekoniecznie jest to związane z zasobnością ich portfela.
Kolega w wieku sześćdziesięciu lat rozpoczął naukę gry na fortepianie, bierze regularne lekcje a oprócz tego bawi się w entomologię i dorobił się pięknego zbioru motyli nadzianych na szpilkę. Zawsze miał zdolności manualne, które wykorzystywał w pracy w agencji reklamowej a dzisiaj sporządza śliczne miniaturki o artystycznym zacięciu rysowane wprawną kreską. Mama innego kolegi w moim wieku chwyciła za pędzel i ukończywszy kurs malarstwa zasiada w ogrodzie z paletą w ręku a w wolnych od palety chwilach wypala gliniane, ręcznie malowane kubki, które rozdaje znajomym w prezencie.
Olek, z którym wybrałam się swego czasu w opowiadaniu „Pamiętnik pisany na Podlasiu” na Kurpie namówił onegdaj swojego ojca, który „niknął w oczach” po przejściu na emeryturę, by ten spisał swoje pamiętniki. Pamiętniki ukazały się drukiem a Olek sięgnął do korzeni, które dzisiaj pielęgnuje z zachwytem i troską niczym rodzinne, stare klejnoty, co i rusz znikając z mojego horyzontu na Litwie pradziadków albo dryfując żaglówką, która jest jego drugą miłością po żonie. Zamożny a tym samym nie mający problemów finansowych przyjaciel z mojej półki wiekowej właśnie skończył kolejne studia podyplomowe, które być może „tak” a być może „nie” poszerzą jego wiedzę dla dobra prowadzonej przez niego firmy. Mogłabym mnożyć przykłady „pomysłów na życie” moich znajomych i przyjaciół ale podam jeszcze tylko jeden, przyjaciółki, z zawodu pani mecenas, która nie ma ani zainteresowań ani zdolności artystycznych i twórczy z założenia temat jej nie pociąga. Szukając dla siebie miejsca na przyszłość a myśli o niej będąc jeszcze aktywną zawodowo w pewnej szacownej i znanej firmie, rzuciła hasło „Uniwersytet trzeciego wieku” twierdząc po rozpoznaniu tematu, że studia te mają wysoki poziom działalności dydaktycznej i naukowo-badawczej oraz cieszą się dobrą renomą a najważniejsze, że program nauczania obejmuje również programy bardziej ambitne niż robienie robótek ręcznych, takie jak medycyna, psychologia czy socjologia.
Nie jest moim zamiarem krytykowanie tutaj kogokolwiek, każdy ma prawo żyć tak jak chce. Jeśli kogoś pasjonuje jego działka i uprawiane na niej pomidory, jak w przypadku mojego ojca, który to miejsce ukochał a my przy okazji w latach najgłębszego PRL-u nie chodziliśmy głodni, to niech tę działkę uprawia albo bawi ukochane wnuczęta, jeśli ma na to siłę i chęci. Jeśli ktoś ma ochotę leżeć nareszcie do góry brzuchem, gdyż całe życie ciężko pracował, to niech sobie leży do woli, jeśli go tylko na to stać. W mojej opinii „coś” robić trzeba ale to tylko moja opinia.
A na naukę wyrabiania w sobie empatii, czyli sztuki obcowania z ludźmi nigdy nie jest za późno. Głuchota emocjonalna, jak pisze guru inteligencji emocjonalnej Daniel Goleman, to tragiczne upośledzenie poczucia człowieczeństwa, gdyż wszelkie cieplejsze stosunki z innymi, które leżą u podstaw troski o nich, wynikają z emocjonalnego dostrojenia się, czyli ze zdolności empatii.
P.S. „Im więcej bogactwa, tym mniej empatii. Zamożność może mieć negatywny wpływ na zdolność do odczuwania współczucia. Z badań opublikowanych na łamach „Emotion” przez specjalistów University of California wynika, że im ktoś jest bogatszy, tym mniejszą wykazuje empatię.” – Interia, 1 stycznia 2012.

Facebook
Zwierzolubni
Zgadzam się w stu procentach.