Kiedy mnie Jarzębina zabrała ze schroniska w Tomaszowie, wykąpała, ostrzygła i
nakarmiła zaraz potem pojechaliśmy do bardzo dużego hotelu koło Rawy Mazowieckiej na wycieczkę, którą ona nazywa podróżą służbową. Wszystkim mówiła, że jestem jej konsultantem ale w recepcji zrobił się problem z rozliczeniem mojego służbowego pobytu. Wtedy po raz pierwszy w życiu widziałem kosz na śmieci i telewizor i trochę szczekałem na te dziwne rzeczy. A potem w Warszawie powiedziała, że muszę się nauczyć żyć na co dzień nie tylko z telewizorem ale przede wszystkim w nowoczesnym, zmotoryzowanym świecie. Uważa, że od tamtego czasu zrobiłem wielki postęp, gdyż kosz na odpadki już nie budzi mojej agresji ale niestety konie w tym „zmotoryzowanym” świecie ciągle stanowią dla mnie wyzwanie i nie potrafię ich zaakceptować. Jarzębina chyba też nie, bo kiedy jedziemy i jedziemy za takim konnym omnibusem to ona jest zła i burczy pod nosem jakieś dziwne słowa, których nie rozumiem.
O wiele lepiej czuję się w lesie niż w wielkim mieście. Tam jeszcze nie spotkałam żadnego konia ani samochodu, telewizora też nie ma ale za to trawa przyjemnie łaskocze w brzuch i ptaszki śpiewają. Jarzębina zakłada okulary i szuka w tej trawie małych, żółtych grzybków. Powiada, że ja jestem bliżej podłoża i mógłbym jej w tym pomóc. Zawiodłem się. Myślałem, że kurki to kurki, na które zapoluję a nie takie coś małe i żółte w trawie, co się nie rusza tylko kamufluje.
W lesie podobno łatwo złapać kleszcza, chociaż najwięcej, bo aż trzydzieści dwa złapałem kiedyś za jednym zamachem tylko na głowie, kiedy wlazłem w ogrodowe tuje. Ani specjalna obroża ani kropelki nie odstraszyły tych stworów. Wtedy u weterynarza spędziłem ponad godzinę a Jarzębina liczyła i liczyła i wyszło ich ponad pięćdziesiąt. Powiedziała, że chyba pobiłem jakiś rekord i wygląda na to, że mam szlachetną krew a szlachetność nie popłaca, gdyż zaraz się jakiś wampir na nią usiłuje załapać.
Uważajcie więc wszystkie panie
Zażywając świeżego powietrza
W lesie czy na polanie
Rozpoczął się sezon – na kleszcza…..
Znajomego piesek zachorował i zdechł po ugryzieniu kleszcza. Jarzębina to mnie ciągle obmacuje i obmacuje, czy jakiś się do mnie nie przyczepił, ponieważ ciągle gdzieś się razem szwendamy. Ostatnio znowu byliśmy, tym razem w małym hotelu w mieście i tuje tam nie rosły tylko pelargonie ale nigdy nic nie wiadomo. Prawdę powiedziawszy…to lubię to jej obmacywanie niecierpliwymi palcami a szczególnie w pewnych okolicach, to znaczy za uchem i w okolicach ogona. A najbardziej lubię, kiedy mnie od czasu do czasu nosi na rękach i się ze mną bawi.
Jeszcze nie tak dawno znano tylko jedną metodę szkolenia psów – tresurę. Tresura dawała wyniki ale nie pozwalała psu rozwinąć własnych zdolności, współpracować z trenerem i czerpać zadowolenia z ćwiczeń. A potem pojawiła się metoda oparta na partnerstwie człowieka i psa a tresurę wyparła nauka w trakcie zabawy. Pieski nabrały ochoty do uczenia się i do pracy a wspólna radość z ćwiczeń połączyła psa i człowieka w sposób jedyny w swoim rodzaju. Ta nauka w trakcie zabawy to po prostu szkolenie bez kar ale za to…..z nagrodami. Dla mnie największą nagrodą jest, kiedy Jarzębina mnie weźmie na ręce i nareszcie mogę dać jej buzi prosto w nos.
Zdjęcia: Lipiec 2011 – Archiwum Jarzębiny
Komentarz na FB: Kate napisała: Korek i konie….. wciąż pamiętam akcję na Starym Mieście
A szczekanie na „dziwne” przedmioty także, choćby na pralkę :-

Facebook
Zwierzolubni