Pamiątka z podróży

Znowu leje jak z cebra. Jeden dzień słońca i znowu to samo. Deszcz. Ja rozpakowałam torbę z kocem i bikini a pies spuścił głowę i podkulił ogon, gdyż strugom deszczu towarzyszą dochodzące z daleka grzmoty. Słońce nie daje mi szans na opaleniznę….Wygląda na to, że pogoda się ustaliła na dobre tego lata.

Deszczowe lato w strugach wody
Ulewne burze zamiast pogody
Pod parasolką i w pelerynie
W miejsce bikini lato mi minie…..

Wczorajsza wizyta na targu i porcelanowe figurki na straganie przypomniały mi o moich słoniach. Zlitowałam się więc nad kolekcją.  Wykorzystuję deszczową niedzielę mało produktywnie ale za to pożytecznie. Kiedy słonie ustawiałam na półce, wiedziałam dobrze, że dodaję sobie pracy ale chciałam je odkurzyć po latach leżenia w kartonach a wraz z nimi odkurzyć wspomnienia. Z każdym słonikiem jakiś tam sentyment się wiąże a jest ich, czyli słoni i sentymentów, dobrze ponad setka. Stało się to, co się stać musiało, czyli oprócz odkurzenia wspomnień same słonie się mocno przykurzyły. Te szklane wpakowałam do zmywarki, z kamiennymi poszło gładko ale cała reszta sporządzona z przeróżnych materiałów, czyli egzotycznego drewna, metalu, laki a nawet bursztynu jest mocno kłopotliwa do mycia.

Tego zielonego słonia z werdytu, ważącego ładnych kilka kilogramów, targałam w bagażu lotniczym z okolic gdzieś pomiędzy Pretorią a wodospadem Lizbona, razem z dywanikiem ze skóry impali i innymi różnymi, dziwnymi rzeczami, które się przywozi z podróży a później nie wiadomo, co z tym robić. Dywanik upodobały sobie do podlewania moje dwa psy, więc już wkrótce po powrocie stracił rację bytu. Kiedy zapomniałam zamknąć drzwi od pokoju natychmiast komunikowały resztkom po impali, co o nich myślą. Nie tylko na wolności, jak widać, impale pozostają bezbronne i traktowane są jako gatunek najmniejszej troski. W Czerwonej Księdze Gatunków Zagrożonych Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody i Jej Zasobów impala została zaliczona do kategorii LC (najmniejszej troski) – Wikipedia

Impala

Najzgrabniejszą jest z antylop
Wysmukłe nogi z czarną pręgą
Powiadają i się nie mylą
Że szybkość wielką  jest potęgą

Sawanna domem jej  zielonym
W traw oceanie brodzi co dnia
Do wodopoju, gdy spragniona
Podchodzi lekko i  swobodnie

Liść czasem zerwie, zioło skubnie
Na lwa popatrzy, byle z dala
Gdy trafi na wyschniętą studnię
Sama też schnie rącza impala

Gepard podchodzi do niej blisko
Zgrabne kończyny go zwabiły
Ona skok wzwyż zaczyna nisko
By siły jej nie opuściły

I nagle hop, poprzeczka w górę
Wielkie się staje zamieszanie
Bezładne skoki, których
Gepard zrozumieć nie jest w stanie

I tak zmyliwszy przeciwnika
Skok w bok prosty stosując
Impala z zasadzki umyka
Ochrony żadnej nie znajdując

Werdyt jest  ciemnozieloną skałą muskowitową z licznymi czerwonymi lub żółtymi cętkami, występuje w RPA, Suazi i amerykańskim stanie Vermont. Pozyskiwany jest dopiero od 1907 roku, wydaje się dosyć miękki w obróbce a wyroby z niego są efektowne ze względu na barwę i połysk. Mnie się podobały, to też i targałam te parę kilo słonia ze sobą kilka tysięcy kilometrów.
Nie pamiętam już dzisiaj, dlaczego wybrałam tego właśnie słonika. Niczym się nie wyróżniał a może…. tym, że był dosyć prymitywny i miał….złamany kieł? Kieł to mu się chyba wyszczerbił w podróży. Nie wytrzymał jej trudów.  Słonie stały w afrykańskim sklepie jeden na drugim, niczym porcelanowe figurki wczoraj na bazarze. Trudno jest z takiego tłumu wybierać, coś wypatrzyć a nawet ustalić kryteria wyboru, o ile nie jest to cena.  Mniej więcej tak jak z facetem, którego powinno się sobie wybrać w życiu. Szuka się w tłumie, znajduje, decyzja i jest! Czasami za wszelką cenę. Tylko, że potem,  jak się już znudzi, nie da się go odstawić na półkę i w przypływie litości oraz domowych porządków od czasu do czasu odkurzyć.

Dokonywanie trafnych wyborów jest chyba największą sztuką w życiu, której ja niestety nie opanowałam. Przynajmniej w sprawach męsko-damskich. Z werdytowym słoniem poszło mi zdecydowanie lepiej ale to nie była decyzja życiowa a tylko, ot, pamiątka z podróży. A mówią, że życie też jest podróżą i różne się z tejże podróży pamiątki kolekcjonuje. Dzisiaj, kiedy patrzę na stare zdjęcie, wybrałabym tego samego słonia  ponownie, nie wiem dlaczego. Może dlatego, że jest taki prymitywny i…ma złamany kieł.  A może dlatego, że go lubię i się do niego przyzwyczaiłam?

W każdym bądź razie, jeśli mi będzie dane jeszcze gdzieś w życiu dalej wyruszyć w świat, to w tejże eskapadzie znowu sobie jakiegoś słonika wynajdę a nie jak ongiś bywało, czyli we wczesnych latach siedemdziesiątych, wracałam z podróży obładowana proszkiem do prania i delikatnym papierem toaletowym.  Tak bardzo się wtedy chciało, żeby pranie po wyjęciu z pralki pachniało niczym w słowach Zygmunta Chajzera lub Wiktora Zborowskiego – współczesnych ekspertów od proszków do prania a pachnący papier toaletowy zastąpił Trybunę Ludu.

Któregoś razu zdecydowanie przeholowałyśmy w tym względzie z mamą, z którą się wybrałam na wycieczkę do Londynu. Objuczone ciężkimi zakupami jak dwa wielbłądy nie miałyśmy żadnych szans, żeby się we dwie zabrać z torbami nawet na nasze cztery ręce, do metra na Heathrow. Taksówka była za droga, oszczędności poszły na kolorowe mydełka, dezodoranty, proszek do prania i wyżej wspomniany papier. Z pomocą przyszedł nam kapitan załogi Lufthansy, którego wypatrzyłam w lobby hotelowym i który udostępnił nam miejsca w shuttle bus Lufthansy, wożącym regularnie załogę samolotów z hotelu na lotnisko i z powrotem.  Dziękuję Ci kapitanie!

Tamto afrykańskie „lato” w Pretorii było piękne i zielone, pachniało kwiatami w listopadzie, szkoda tylko, że jakarandy już przekwitły (Opowiadanie: Pipoka i jakaranda).  Razem z zielonym słonikiem przyjechała wtedy ze mną również para „prawdziwych”, afrykańskich słoni, największych ssaków lądowych świata. On wyższy od niej ale szczuplejszy z pięknymi ciosami z kości słoniowej, ona okrąglutka ale równie ładnie wystrugana z hebanu. Ach, te zakochane trąbowce…

Był sobie słoń wielki – jak słoń.
Zwał się ten słoń Tomasz Trąbalski.
Wszystko, co miał, było jak słoń!
Lecz straszny był Zapominalski.

Słoniową miał głowę i nogi słoniowe,
I kły z prawdziwej kości słoniowej,
I trąbę, którą wspaniale kręcił,
Wszystko słoniowe – oprócz pamięci……Julian Tuwim, Słoń Trąbalski

Nie, nie, bynajmniej nie mam bzika na punkcie słoni ani zbierania słoników na szczęście.  Po prostu ktoś mi kiedyś podarował pierwszego, który sobie stał na biurku w pracy, ktoś inny zauważył, że jest samotny i przyniósł drugiego, potem ktoś inny trzeciego, czwartego…a potem już się zrobiła lawina…….niestety ale nieszczęścia.  Nie jestem przesądna lub raczej jestem umiarkowanie przesądna (Opowiadanie: Odpukać w niemalowane), wszystkie moje słoniki podarowane mi zostały kiedyś z myślą o mnie, czasami przywiezione z dalekiej podróży, gdyż w tej podróży ktoś mnie wspomniał….widząc słonia!

Patrząc z tamtej perspektywy, mogę uznać, że słoniki były dla mnie wtedy „szczęśliwe”. To też je wypakowałam z kartonów, ustawiłam na półce a dzisiaj, w tę deszczową, ponurą niedzielę, usiłuję przywrócić im dawny blask. Te szklane, wyjęte ze zmywarki, dzięki wynalazkowi o nazwie nabłyszczacz świecą się jak „psu kulki pod ogonem”  niczym wyszorowane efektywnym płynem do naczyń reklamowanym przez Bożenę Dykiel, kolejnego eksperta, tym razem od zmywania.

Błąka się, krąży, jest coraz później,
Aż do kowala trafił, do kuźni.
Ten chciał go podkuć, więc oprzytomniał,
Przypomniał sobie to co zapomniał!

Kowal go zbadał, miechem podmuchał,
Zajrzał do gardła, zajrzał do ucha,
Potem opukał młotem kowalskim
I mówi: „Wiem już, panie Trąbalski!
Co dzień na głowę wody kubełek
oraz na trąbie zrobić supełek”.
I chlust go wodą! Sekundę trwało
I w supeł związał trąbę wspaniałą!

Niektóre słonie trąbę mogłyby sobie na supeł zawiązać, zanim zrobią coś nieprzemyślanego i przywiozą pamiątkę z dalekiej podróży w postaci słonicy, której na półkę odstawić się nie da i odkurzyć od czasu do czasu. Będą trzęsły biodrami, jak Edyta Herbuś w reklamie fast food, udając hawajskiego kurczaka a potem odbiją się zgagą, jak po sosie z proszku reklamowanym przez Katarzynę Herman aby na końcu spowodować problemy z wątrobą i trawieniem, na które lekarstwo posiada Emilia Krakowska.

Pędem poleciał Tomasz do domu.
Żona w krzyk: „Co to?!” – „Nie mów nikomu!
To dla pamięci!” – „O czym?” – „No … chciałem…”
- „Co chciałeś?” – „Nie wiem! Już zapomniałem!”

Słonie, oprócz inteligencji, posiadają ponoć również bardzo dobrą pamięć, rozróżniają  osoby i miejsca oraz potrafią emocjonalnie powrócić do zapamiętanych, złożonych zjawisk związanych z ich otoczeniem.  A, że  poruszają się w tym otoczeniu jak słoń w składzie porcelany? No cóż, nikt nie jest doskonały…

Zdjęcia: RPA 1998, figurki z porcelany i słonie 2011 – Archiwum Jarzębiny;
W opowiadaniu skorzystałam z artykułu na Onet.pl pt: obciachowe reklamy z udziałem gwiazd


Ten wpis został opublikowany w kategorii MOJE OPOWIADANIA, Pamiątki z podróży i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free