Baśń o miłości – Janka Pilchówna

Gdy mu mówiłam swą baśń – śmiał się ze mnie -
Więc milkłam znów,
I patrząc w płomień wracałam półsennie
Do dawnych snów.

Lecz nie wiedziałam w tej szarej godzinie
Gdy padał mrok.
Że to koło mnie przeszłość moja płynie…
Że jest o krok…..

Gasnął kominek – i bladł sen serdeczny
A snuł się dym..
W ramionach ojca śniłam byt odwieczny
W dzieciństwie mym.

Kiedyś – gdzie w rzece kryształowej odbiły się ciężkie od słońca gaje pomarańczowe – gdzie na brzegu pokładły się ściemniałe od słońca trawy wybujałe – zetknęły się z chłodnymi falami białe dłonie kobiety.
I piękniejsze były te dłonie, niźli najbielsze kwiaty, więdnące w upale dnia i milszy był ich dotyk od muśnięcia skrzydeł tęczowych płatków, co zasnęły od gorąca w gąszczu traw.
I rozkochała się kryształowa rzeka w cudzie tych dłoni i zachwyciła się ciężarem czarnych włosów.
A kobieta rozkochała się w kryształowej czystości rzeki i zachwyciła się jej przejrzystością, w której odbiło się słońce i gaje pomarańczowe i soczysta zieleń traw mdlejących w upale dnia.

*

Pośród tych łąk wonnych i zielonych, pośród tych lasów cienistych i gai złotych – była kobieta sama, nie wiedząc, skąd się wzięła, jak gdyby we śnie tu przyniesiona. Chatę znalazła maleńką opodal grupy drzew pomarańczowych – ponad rzeka przeczystą. Patrzyła na owoce złociste i dłonie białe wyciągała ku nim, kochając słońce w nich. I do rzeki chodziła włosy myć – jak noc czarne – i dłońmi fale roztrącać – zawsze sama z przepychem swej urody.

- Wodo przeczysta – szeptała uciekającym falom – wodo przeczysta – chciałabym serce mieć podobne tobie, aby w nim przejrzeć się mogło słońce. Chciałabym myśli mieć tak kryształowe, aby odbiły w sobie gaje pomarańczowe i gąszcze drzew cieniste – a niezmącone pozostały zawsze.

*

Wciąż jednakowo gałęzie drzew uginały się pod złocistym owocem i kwiaty więdły w upale słonecznym. Wciąż jednakowo chodziła kobieta sama w przepychu swej urody pośród soczystej zieleni łąk i jednakowo włosy myła w falach kryształowych, dłonie cudne w wodzie nurzając.
Szumiały drzewa upalna nocą, szemrała rzeka ale jeden tylko głos ludzki tęsknym śpiewem budził tęczowo-skrzydlate ptaki…..
Gdzież jesteś ty, tak słoneczny, jako te gaje złote i o sercu tak czystym, jak woda? Przyjdź, jak burza mocny i jak gwiazdy białe śród granatowej nocy, wielki i mądry i jak błękitne niebo dobry. Przyjdź – abyś mi dał to wszystko – i tę moc i czystość, dobroć tę i słońce…..

*

Gaje stały nietknięte niczyja ręką, owoce same opadły w bujność traw. Aż oto przyszedł ktoś, kto sięgnął gałęzi i zerwał je.
Kwiaty rosły i więdły w słońcu, nie złamane niczyja stopą, dotknięcie kobiety było lekkie, jak uderzenie skrzydeł tęczowych ptaków.  Aż oto przyszedł ktoś, kto zdeptał je, nie patrząc na nie.
Rzeka płynęła zawsze przejrzysta i niezmącona niczym – białe dłonie kobiety nie wstrzymywały biegu jej. Aż oto przyszedł ktoś, kto z kamieni dna tamę uczynił, aby mógł w obfitości wody stopy myć.
Kiedy pewnego dnia o świcie zabrakło kobiecie wody na tyle, by w niej włosy umyła – poszła w górę rzeki, aż do tamy z kamieni dna uczynionej.  Tam nad brzegiem, wśród cienistych wysokich krzewów dostrzegła człowieka zadumanego. Oczy miał jak niebo pogodne, a w opalonych dłoniach trzymał złocisty owoc.
- Piękną musi mieć duszę, skoro niebo odbiło się w jego oczach, pomyślała kobieta i odeszła z wolna.
Odtąd, ilekroć chciała włosy myć, musiała iść w górę rzeki, ponad tamę i zawsze z dali śledziła człowieka zadumanego. Widziała też, jak z drzew wysokich zrywał owoc złocisty i jak zgrabnie napinał łuk, by strzałą uczynić zamieszanie wśród tęczowo skrzydlatych ptaków.

- Mocny musi być i wielki, skoro moc ta w ruchach jego i gibkości się przebija – pomyślała znowu kobieta i odeszła z wolna.
Przyszedł dzień, w którym wieczoru nie było, jeno zaraz noc. Chmury zebrały się czarne na niebie i przesłoniły słońce. Z dłońmi pełnymi ryb wracała kobieta znad tamy ale przegrodziła jej drogę ciemność i ulewa. Kalecząc stopy o kamienie, szła wolno z biegiem rzeki, aż ją dojrzał w świetle błyskawicy człowiek ów, co tamę z kamieni dna wybudował. Podbiegł prędko, aby ja do chaty swojej przyprowadzić. I nie dojrzał twarzy jej, ani dłoni w świetle błyskawic, aż dopiero o świcie. Zadziwił się wtedy i rozkochał w piękności jej.

*

Oczy masz jako niebo pogodne – błękitne i dobre. Dłonie masz opalone na brąz – mocne i piękne….Chciałabym tak samo dobrą być i oczy mieć błękitne, panie mój – ale serce mam maleńkie i zwykłe, a oczy ciemne, ciemniejsze od dłoni Twoich…..
Obok mnie patrzysz w granat nocy, gdzie nad głową kręcą się migotliwe gwiazd roje – i w oczach twoich pali się blask taki księżycowy, jakby były ze srebra i błękitu uczynione.
Nie widzisz mnie, panie mój – nie widzisz bogactwa czerni włosów moich ni białości dłoni. Ty większy jesteś ode mnie, bo patrzysz w granat nocy i migotliwość gwiazd. O wielkości Stwórcy myślisz zapewne i o wypełnieniu dni twoich, aby były dobre i piękne i zostawiły po sobie nowe, wieczyste Piękno i Dobro i Moc we wszechświecie……
Ty większy jesteś ode mnie, bo ja myślę teraz o tym, jakby dłonie uczynić jeszcze bielszymi, abyś je dojrzał.
Panie mój, wysłuchaj mnie dziś. W tę noc granatową wypowiem ci prośbę mą…

naucz mnie być dobrą, jako ty jesteś -
naucz mnie być mądrą, jako ty jesteś -
pomóż mi być mocną i szlachetną, jako ty jesteś. Chcę ukochać tę gwiezdność nocy i wielkość Stwórcy twoim sercem i twoimi oczyma. Panie mój – naucz mnie być dobrą….

….Kędyś, gdzie w rzece kryształowej odbiły się ciężkie od owoców gaje pomarańczowe – gdzie na brzegu pokładały się skrzące w księżycu trawy wybujałe – na progu chaty mojej zapatrzył się w granat nocy pan mój umiłowany. I oto – choć niegodna jestem stóp mu myć, wziął dłonie moje i biel ich pieszcząc, odwrócił oczy od gwiazd srebrnych – przeczyste, jasne swoje oczy, pełne migotliwych blasków……
Piękna jesteś kobieto, więc wybaczam ci prośbę twoją…..

*

….I przyszły cudowne dni, w których miłość ich rosła, biorąc ciepło ze słonecznych promieni i blaski z gwiezdnych nocy i czystość z kryształowej rzeki. A tamę zburzył mężczyzna aby nie zabierała wody, potrzebnej do mysia włosów czarnych i gęstych.
….Kobieta rozkwitła cudownie w cieple miłości, wypieszczona jego dłońmi i oczyma….
Najpiękniejszy świt zastał ich nad brzegiem rzeki – szczęśliwych i promieniejących świeżością.
- Jako burza jesteś mocny – myślała kobieta – patrząc w jego oczy.
- Serce czyste masz jak ta woda i dobry jesteś, jak błękit nieba i wielki jesteś, jak gwiazdy białe śród granatowej nocy.
I bliski jesteś mi dziś, umiłowany mój…..
Powiedz mi, o czym dumałeś wtedy, gdym cie pierwszy raz nad tamą ujrzała? – spytała kobieta szczęśliwa.
Myślałem, jakby kamieni więcej uzbierać.
I niepewnie spytała znowu:
Powiedz mi, co czyniłeś z tęczowo skrzydłymi ptakami, które dosięgała w locie strzała twoja?
- Nie podnosiłem ich. Na cóż mi skrzydła? Ćwiczyłem tylko zręczność swoją…..
I z lekiem po raz ostatni:
- Powiedz mi…powiedz jeszcze tylko tyle, o czym myślałeś owej granatowej nocy na progu chaty mojej?
- Łuk mój  zepsuł się i myślałem, jakoby go naprawić. Dlaczego płaczesz, droga moja?
I chwycił obie ręce jej ale wyrwała się i przez łzy zapytała ciszej, niż wiatr szemrze:
- A za cóż kochasz mnie, panie mój?
A wtedy on porwał ja ku sobie i pośród pocałunków opowiadać począł. Jako włosy jej umiłował i oczy i kibic smukłą i dłonie białe…..
- A dusze moją…umiałbyś pokochać? – spytała kobieta z wielkim smutkiem i drżeniem w głosie.
- Tej nie widzę, a skoro nie widzę jej, cóż mi po niej? Usta twoje mam i dłonie, a te mi starczą za wszystko i za to, co ty umiłowałaś w gwiazdach i w słońcu i w rzece i w gajach pomarańczowych….

Słońce wstało już ogromne i jasne. Gaje obudziły się i cień chaty niskiej padł na powierzchnię rzeki.  Kobieta zakryła twarz gęstwą czarnych włosów i odeszła prosto w blask słońca, nie widząc go jednak ani słysząc wołania mężczyzny.  Dłońmi białymi zakryła usta prześliczne, by jęk przytłumić i biegła przed siebie.
O serce, serce ludzkie! Po cóż wielkim być i jasnym, po cóż chcesz w sobie słońce i dobroć, skoro tyle bólu i tyle rozpaczy zmieścić w sobie możesz – chociażeś takie maleńkie i liche!…..
O serce, serce ludzkie! Potrafisz tętnić cierpieniem serdecznym, potrafisz zmagać się z sobą bez zwycięstwa i tęsknić i kochać bez miary – chociażeś takie maleńkie i liche!…..

*

Przyszły godziny straszne, samotne i puste. Brakło głosu czyjegoś i ramion białych. Wciąż jednakowo gałęzie drzew uginały się pod złocistym owocem i kwiaty więdły w upale słonecznym.  Ale nad brzeg rzeki nie chodziła już kobieta w przepychu swej urody, aby myć włosy w falach kryształowych, dłonie cudne w wodzie nurzając.
Szumiały drzewa upalną nocą, szemrała rzeka – ale żaden głos ludzki nie budził tęczowo skrzydlatych ptaków…..
Gdzież jesteś ty, tak słoneczny, jako te gaje złote i o sercu tak czystym, jak woda?

Na progu opuszczonej chaty w smutne dni i tragiczne noce rozpamiętywał człowiek samotny wszystkie ruchy i słowa Tej, która go rzuciła.
I obudziło się w duszy jego wielkie kochanie wszystkiego, co dobre jest i piękne, bo to wszystko umiłowała Ona.
I nauczył się od niej dobrym być i mądrym i nauczył się być szlachetnym. Spojrzał na wielkość Stwórcy i gwiezdność nocy jej sercem i jej oczyma.
- Kocham dusze Twoją, umiłowana…..Wróć do mnie  – wołał w tęsknocie wielkiej, ale odpowiadał mu tylko szmer rzeki płynącej.
I przemijały świty pogodne – a od wschodu słońca nie szedł nikt. Przemijały dnie upalne i noce pachnące – a do drzwi chaty nie zastukał nikt. Samotny człowiek mieszkał w niej sam ze swoją tęsknotą.
Az pewnego wieczoru stanął na progu i na drzwiach zaporę zasunął i umocował tak, by nikt do chaty wejść nie mógł.
I poszedł w stronę, gdzie słońce zapadało za gaje pomarańczowe – aby nie spotkać Tej, której dłoni upieścić nie był godzien.
Z rozwiana czernią włosów z za gaju pomarańczowego wybiegła naprzeciw niewiasta – a oczekiwanie i tęsknota biły z jej twarzy prześlicznej…..
_ Panie mój, dokąd idziesz?….zawołała z nagłym lękiem ale on tylko pokłonił jej się do ziemi i ucałowawszy stopy drobne, z zaciśniętymi usty minął ją.
Wstająca noc spojrzała na nich zdziwionymi, milionowymi oczami gwiazd.
I zbudziła wstająca noc wszystkie tęsknoty i pragnienia, uśpione w szemraniu strumyków i woni więdnących kwiatów i zbudziła wszystkie tęsknoty i pragnienia, zaklęte w blaskach swych oczu i wysłała je, by zagrodziły drogę człowiekowi smutnemu.
I nie oparł się im mąż ów i wrócił.
A gdy już tulił do ust dłonie umiłowanej – w świetle gwiazd spojrzała w oczy jego i dojrzała w nich wszystko, co dobre jest i piękne, wielkie i szlachetne.
- Kochaj mnie, miły mój – usłyszała ciekawa noc szept cichy i roześmiała się milionem srebrnych oczu.
- Nie ten wielki i wspaniały, ale ten nędzny i mały będzie kochaniem twoim kobieto, choćbyś mogła mieć króle i mędrce – szepnęła noc ciekawa.
A człowiek szczęśliwy dziwował się sercu kobiety….

Janka Pilchówna, Wisła, „Hejnał” 1939 r. R.11 z 2

Zdjęcia: Pałac w Hajfie (imperium otomańskie) – Izrael – Archiwum Jarzębiny; Żołna – www.Marek Paluch.pl; Wisła Czarne – tama spiętrzająca Białą i Czarną Wisełkę – Archiwum Jarzębiny.

Ten wpis został opublikowany w kategorii MOJE OPOWIADANIA, Moja brazylijska cioteczka i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free