Miodowe lata z Jarzębina – cz. 23

Jarzębina miała wypadek. Nie wiem, co się stało, spałem na tylnym siedzeniu auta i nagle obudziłem się na podłodze. Wszędzie unosił się pył i kurz…..Myślałem, że to koniec świata. Koniec świata to nie był tylko koniec auta.  Może nareszcie skończą się te podróże i trochę pomieszkamy w domu.
Remont mieszkania już prawie na ukończeniu i zrobiło się w nim całkiem przyjemnie. Zafundowałem sobie żółty balejaż na tylnej części ciała, kiedy Jarzębina malowała balkon. Nie chce się wykruszyć.  Jarzębina ma taki sam na włosach i też jej się nie chce wykruszyć.

Pojechaliśmy  w Beskidy i Jarzębina oprowadziła mnie po górach. Nie jestem kozicą ale nawet dobrze mi szło. Kozic nie widziałem, chyba za niskie te góry. Widziałem tylko kozy. Ułamany róg kozy Amaltei jest rogiem obfitości i bez ustanku napełnia się jedzeniem…żadna z tych kóz nie nazywała się Amalteia i żadnej nie brakowało rogu. Szkoda, bo z ulubionych, regionalnych potraw zjadłem tylko oscypka a Jarzębina placki wypiekane  na blasze ze spyrkami. To znaczy ona zjadła placki a spyrki zjadłem ja.  Od czasu do czasu fajne jest takie proste, niewyszukane jedzenie ale co tu dużo szczekać, róg obfitości by się przydał. Jedlibyśmy te placki ze wszystkim, co się da. To znaczy ona jadłaby placki a ja to, co na plackach.  Spyrki były niczego sobie ale gulasz wołowy byłby jeszcze lepszy albo potrawka z kurczaka albo…

- Jarzębina,  czy z tego rogu to tak leci jedzenie jak popadnie czy też można złożyć zamówienie u Amaltei?

Ona twierdzi, że nie dość, że jestem monotonny w swoich żywieniowych wywodach to jeszcze przy mnie jej talerz też byłby monotonny i nudny jak „flaki z olejem”. Ona by te placki zrobiła jeszcze z grzybami albo z jarzynami albo…
O, nie! Z flakami może być ale reszta odpada.  I tak wyjdzie na moje, bo na skutek uprzemysłowienia rolnictwa czyli pójścia na ilość a nie na jakość i bioróżnorodność żywności przez ostatnie sto lat wyginęło nieodwracalnie 95% odmian roślin i gatunków zwierząt.*  Pozostałe 5% załatwi GMO. Przytargała więc zbierane wysoko w górach owoce bez chemii i ołowiu, grzyby i jeszcze ciepłe mleko prosto od krowy pasącej się  na hali a potem upychała to wszystko w słoiki i baniaki, mówiąc, że to na ciężkie czasy, które nadchodzą.
A koza i jej róg? Przecież wystarczy mieć ten róg i po kłopocie.

Tam, wysoko w górach najstarsi górale wiedzą, że trzeba uprawiać wiele różnych roślin na raz, bo przy niepomyślnej pogodzie czy pladze szkodników czy innym nieszczęściu zawsze jakiś plon z tej różnorodności się uda i będzie co jeść.  Nie o rewię smaków chodzi a o bezpieczeństwo. Rewia jest przy okazji ale dla Jarzębiny to najlepsza rewia na świecie.  Ja plonów nie jadam. Górale o mnie zapomnieli.

W drodze powrotnej, zanim spadłem z tylnego siedzenia auta Jarzębina opowiadała mi o swojej wizycie w oborze. Były tam krowy, które już wiem, jak wyglądają, toteż wiedziałem o czym mówiła i były…….. konie. Z powodu  koni nie zabrała mnie ze sobą, gdyż wie, że jestem uczulony…hm… na końską sierść.

Konie pracują ciężko w górach przy wycince drzew i mniej ciężko, kiedy wożą turystów. Gdybym nie był aż tak bardzo na nie..hm… uczulony, też by mnie, turystę!, powoziły po górach, bo ja z mazowieckiej równiny pochodzę, chociaż w życiu miałem pod górkę.

Kiedy robiła zdjęcia krowom i koniom, to one się przepychały i nadstawiały, żeby im fotkę cyknąć. Wyciągały szyje, lizały ją po rękach, trącały mordami, żeby zwrócić na siebie uwagę.

- Pchają się do tej kamery jak politycy

zażartował jej kuzyn, który oprowadzał ją, turystkę też z mazowieckiej równiny, po góralskiej oborze.  Jarzębina z przyjemnością im te zdjęcia robiła, bo tak po prawdzie, to mówi, że w telewizorze i na zdjęciach woli zwierzęta oglądać niż polityków. Do oglądania jeszcze jej te 5% gatunków zwierząt zostało, więc musi zdążyć.

Nie lubię takiej atmosfery tymczasowości, którą wprowadziła, poszedłem więc spać na tylne siedzenie i śnił mi się placek ziemniaczany  wypiekany na blasze z gulaszem wołowym ale nie zdążyłem go zjeść, bo nastąpiło twarde lądowanie.

Dzisiaj oglądałem moje zdjęcia z wyprawy w Beskidy i chociaż się przed kamerę nie pchałem muszę przyznać, że na tle gór prezentuję się nieźle. Poproszę Jarzębinę, żeby tę fotkę zachowała dla potomności. W końcu ja też pewnie do tych ostatnich 5% należę.

*Bioróżnorodność z perspektywy talerza, Marta Niewiadomska-Guentzel, Ulicaekologiczna.pl
Zdjęcia: Wisła 2011 – Archiwum Jarzębiny

Ten wpis został opublikowany w kategorii MOJE OPOWIADANIA, Miodowe lata z Jarzebiną i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free