Jest noc- błękitna, cicha noc. W księżycowym zmierzchu – hen, w dali, pośród
skamieniałych zboczy – drzemie znużona dolina. A tutaj, wtulone w ramy okna, czerwienią się senne główki kwiatów. Jest cicho – cichusieńko, tylko czasem na osrebrzony parapet pada czerwony płatek, niby ciężka, wezbrana łza……
Z dalekiej, uśpionej doliny napływa głos dzwonu…Smutno, przeciągle, żałośnie – bije dzwon w dalekiej dolinie północny zew.
Godzina duchów – godzina czarów – godzina baśni – a księżyc pieści puszyste główki kwiatów i wygrywa ciche serenady na maleńkiej gitarze białego Pierrotta. Spośród zaklętych gór wypływa zew – na baśń – na czar – na dziw……
————————————
Spójrz tu, Pierrocie. Dziś ja opowiem tobie najdziwniejszą baśń. Wiesz ty, co ból ludzki i wiesz może, co szczęście? Nie? Więc posłuchaj – opowiem ci…..
Byli raz…dwaj bracia…którzy długo, długo szukali cudownego, wielkiego chleba…Miał ten chleb taką moc, że kto go posiadał, mógł wznieść się tak wysoko, jak wysoko pali się ten księżyc na niebie – i mógł wznieść się jeszcze wyżej, między gwiazdy i jeszcze wyżej – do stóp Boga…..I miał ten chleb i taką moc, że kto go posiadł, mógł zejść w najgłębsze otchłanie i nie zbłądzić…….Szukali więc ci bracia cudownego chleba. Miał on jasny być, jak samo słońce – więc wypatrywali przed sobą błyszczącej kuli, tak długo, aż wreszcie dojrzeli ją, ale nieskończenie daleko. Porwali się do biegu, wyciągając przed siebie spragnione ręce. Biegli tak długo, długo, ani bacząc na cierniste gąszcze, na pachnące łąki, ani zatrzymując się nad przepaściami – wciąż przed siebie – przed siebie…..
I chociaż jeden z nich został w tyle, a potem już zupełnie biec przestał, wokoło się rozglądając – drugi biegł wytrwale. Tylko wciąż dzieliły go od cudownego chleba góry i przepaście, morza i bagna, wciąż jednakowo wiły i plątały się ścieżki. I choć biegł już długo, długo, choć opadał z sił – cudowny chleb jaśniał w nieskończonej dali, nieuchwytny, widmowy…..
Pytasz mnie, co czynił drugi brat? Otóż posłuchaj…Kiedy spostrzegł, że im więcej biegnie,
tym dalej jest od jaśniejącego bochna, przystanął, a wtedy dojrzał na drodze rozsypane, małe okruchy, tak samo złote i jaśniejące, jak ów chleb w dali….Począł zbierać je – a one zrastały się z sobą. Tak szedł i szedł, aż pewnego dnia nie spojrzał już więcej na jaśniejące Widmo. , bo oto w dłoniach swych trzymał cały, cudowny bochen…..
- Pytałeś, o co, Pierrocie? Tamten? Spotkał go brat jego – leżał w prochu z poranionymi ramionami a martwe źrenice wciąż jeszcze wypatrywały czegoś w niekończącej się dali…
———- Niby ciężkie, wezbrane łzy, opadają czerwone płatki. Wszystko śpi…tylko w kącie pokoju otrząsa srebrne pióra Milczenie.
- Spójrz Pierrocie…To mój towarzysz, to przewodnik myśli moich. Może wrócił właśnie z gwiezdnych szlaków, a teraz słucha bajki o szczęściu?
Jakżeż srebrne ma pióra.
- Czekałam na Ciebie. Skąd przybywasz? Czy spośród gwiazd, czy z jakichś mrocznych głębin? Gdzież byłeś, czy u tych, co jasnych okruchów strzegą, czy u tych, co do Widma wyciągają ręce? Gdzież byłeś?
- Nie odchodź – jeszcze nie minął czas. – Powiedz mi, czy gdyby tak szczęście człowieka było jego skrzydłami, byłoby ono dość mocne, by wznieść go między gwiazdy?
——–Nie? ———-Cóż zatem jest tak wielkie?
Zaczekaj jeszcze, powiedz mi, czy gwiazdy świeciłyby dalej, gdyby tak zebrać wszystek ból ludzki i rzucić między nie?
——–Tak? ———-Cóż zatem ma tę moc?
Nie odchodź – jeszcze nie minął czas – przytrzymam Cię za skrzydła, takie srebrne dzisiaj. Nie odchodź, nie odchodź jeszcze…..
———————–
Jest noc, błękitna, cicha noc. W księżycowym zmierzchu – hen, w dali, pośród skamieniałych zboczy – drzemie znużona dolina.
Godzina duchów – godzina czarów – godzina baśni – mija już. Na mojej dłoni srebrzą się łzy, strząśnięte z piór Milczenia….a biały Pierrot wolniej i coraz senniej szepcze…..
- Jestem jak ten, co do Widma wyciągał ręce, bo gram dla Tej, która ani przyjdzie, kiedy, ani mnie usłyszy. Tylko ja skonać nie mogę….
Jest cicho, cichusieńko, tylko czasem na osrebrzony parapet okna pada czerwony płatek, niby ciężka, wezbrana łza….
A ja – myślę o tych, którzy mi są drodzy, i o tych, którzy odchodzą ode mnie i jeszcze o tych, których nie byłam nigdy bliżej, niż przez myśl….
Janka Pilchówna, Wisła, „Hejnał” 1938, R.10, z.t.
Facebook
Zwierzolubni
That’s pretty exciting news and I really hope more people get to read this.