„Historia narodzin meksykańskiej tequili jest tak stara jak konkwistadorzy, którzy
rodzimy, indiański napój alkoholowy pulque (produkowany z soku maguey – odmiany agawy zielonej), znając sztukę destylacji przekształcili w mezcal (hiszp. aguardiente de maguey). Dzisiaj jego ekskluzywna wersja to znana nam tequila, która ma własną apelację (chronioną nazwę pochodzenia), czyli jest produkowana tylko na określonym obszarze w dokładnie określony sposób” – napisałam swego czasu w jednym z opowiadań.
Do powyższego tekstu muszę dzisiaj dodać coś jeszcze. Dowiedziałam się bowiem, że pulque produkowane było przez meksykańskich Indian na potrzeby…bogów a konkretnie składane było w ofierze bogini Mayahuel. Agawa (nazywana drzewem cudów) była dla Indian rośliną świętą i zarazem odpowiednikiem czy też wyobrażeniem bogini o czterystu piersiach Piersi się u tejże bogini namnożyło aby była w stanie wykarmić wyżej wymienioną ilość swoich dzieci. Trzeba przyznać, że politeistyczni Aztekowie wymyślali swoich bogów w sposób szczególny i chyba z większą wyobraźnią, niż starożytni Grecy czy Rzymianie. Meksykańskie kobiety te kilka tysięcy lat temu nosiły dekolt składający się z dwóch pagórków a nie z tylu, ile dzieci wydały na świat…chyba, że konsumentów z piersi Mayahuel należy upatrywać gdzie indziej, to znaczy na ziemi.
Mayahuel, jak się dzisiaj również dowiedziałam, znaczy w języku Azteków tyle co rozmnażający się w zawrotnym tempie „królik” i idąc tym tropem jasne staje się nasze, polskie powiedzenie „pijany jak zając”….od królika do zająca droga niedaleka. Po wysłuchaniu tychże rewelacji obejrzałam w następnej kolejności taniec poświęcony Mayahuel w wykonaniu autentycznych, meksykańskich Indian…
Jednym słowem zwizytowałam Targi Turystyczne TT Warsaw 2011 i muszę przyznać, że prezentacja Meksyku była najbardziej widowiskowa ze wszystkich ze względu na wspaniałe, egzotyczne stroje tancerzy i folklor zupełnie nie kojarzący się ze współczesnym Meksykiem. Bażancie pióra podrygiwały miękko w rytm tańca, grzechotki na kostkach uderzały jedna o drugą niczym kastaniety wystukując rytm a poemat wyrecytowany w języku nahauatl brzmiał niezwykle dla ucha.
Pierwszy raz też słyszałam aby ktoś tak pięknie grał, niczym Tryton w orszaku Posejdona,
na muszli ze ślimaka morskiego znanego ze swojej pięknej skorupy. Ze skrzydelnika wielkiego wykonywano ongiś kamee zdobiące szyje wytwornych dam oraz płacono jego muszlami w krajach Pacyfiku, zanim dotarły tam pieniądze.
Nie tylko bardzo widowiskowa ale i jednocześnie dla mnie bardzo interesująca była prezentacja przedstawicieli Meksyku na targach zorganizowana przez jedno z polskich biur podróży promujących tenże kierunek turystyczny. Przyznaję, że spora porcja przedkolumbijskiego a raczej przedkortezowego folkloru zrobiła na mnie wrażenie. Na pewno większe, niż gdyby na scenie pojawił się nagle na przykład Antonio Banderas i odśpiewał przebój „Desperados” – „El Cancion del Mariachi”.
Bardzo barwnie prezentowała się również bliższa nam terytorialnie Słowacja. Słowacy postawili na urodziwe dziewczyny, które zawsze się dobrze sprzedają. Cygańskie i ludowe rytmy ubrane zostały w długie nogi i kolorowe spódnice.
Tak się złożyło, że swego czasu odwiedziłam Słowację kilka razy w celach narciarskich ze
względu na odległość i dostępność finansową. Do dzisiaj w pamięci pozostała mi „kuwertura” czyli dodatkowa opłata w restauracjach za nakrycie (tak, tak..za talerz, widelec, nóż i serwetkę) oraz wyjątkowa nieelastyczność jeśli chodzi o wyciągi narciarskie, które zamykano na gwizdek nie troszcząc się, czy ktoś pozostał na oblodzonym szczycie na skutek zadymki, czy nie. Zdarzyło się, że na tymże szczycie słowackich Tatr utkwił onegdaj mój małoletni syn z mężem. Pomimo interwencji na dole tych, którym udało się zjechać wcześniej wyciąg nie został uruchomiony. Góra została więc objechana, co zajęło około półtorej godziny i dopiero Słowacy na drugim stoku zlitowali się nad moją nieźle już oblodzoną rodziną uruchamiając inny wyciąg po północnej stronie. Szczęśliwie były małżonek miał przy piersi……piersiówkę, której zawartość rozgrzewała ich od środka na oblodzonym szczycie. Gdyby przyszło im tam pozostać do rana musieli by odtańczyć modlitwę do bogini Mayahuel.
Sądzę, że Słowacy swoją atrakcyjną prezentacją chcieli nam przypomnieć o sobie ale jeśli się tam nic nie zmieniło od tego, opisanego powyżej czasu, to nie sądzę aby dziewczyny odniosły pożądany efekt. Mój syn dwa tygodnie temu usiłował bezskutecznie zdobyć wyciągiem Łomnicę a po niepowodzeniu zdecydował się już tylko na Hrebienok…równie nieskutecznie, więc chyba nic się nie zmieniło.
Ja na Łomnicę (2634 m n.p.m.) wjechałam swego czasu w dosyć jak dla mnie ekstremalnych warunkach. Mam lęk wysokości, który paraliżuje mnie również na wyciągach, w tym narciarskich. Krzesełka były dwuosobowe i tak się wtedy złożyło, że miejsce obok mnie zajął stary, słowacki góral. Kiedy przepaść otworzyła się pod naszymi stopami coś tam do mnie zagadał a nie słysząc odpowiedzi przyjrzał mi się uważniej po czym sięgnął za pazuchę i wyciągnął…piersiówkę. Dojechałam szczęśliwie na szczyt pociągając z gwinta w duecie z góralem. Wygląda na to, że wtedy to meksykańska bogini Mayahuel przyszła mi niespodziewanie z pomocą.
Wracając na targowe podwórko, to niezmiernie ucieszyła mnie efektowna i przyjazna prezentacja Śląska. Duże stoisko obfitowało w różnorodny, atrakcyjnie wydany pod względem graficznym i informacyjnym materiał promujący Beskidy. Najbardziej ze wszystkiego, nie tylko tam, na stoisku ale i na całych targach podobał mi się bezsprzecznie Zespół Śląsk. Piękne głosy i piękne stroje i znane, melodyjne piosenki. Już bardzo dawno nie słyszałam zespołu na żywo i miałam wielką frajdę, szczególnie, kiedy wystąpił w ludowych strojach pszczyńskich. Nie mogłam odmówić sobie zdjęcia w tak znakomitym i lubianym przeze mnie towarzystwie.




Facebook
Zwierzolubni
Ach ta technika !!!!!
Nie zapisało w powyższym komentarzu początku mojej wypowiedzi
To jest początek powyższego tekstu.
>Piersiówka< przedmiot pierwszej potrzeby - element folkloru, niestety nie opisany przez Oskara Kolberga w żadnym z jego tomów.
W filmie Pół żartem, pół serio w scenie próby orkiestry piersiówka wypada zza podwiązki bohaterki, granej przez Marilyn Monroe. Świadczy to o tym, że historii powstania naczynia o płaskim kształcie nie można szukać tylko w dziale ze stanikami.
Przedstawiłaś Iwonko, tak pięknie reprezentowane korzenie swojej kultury narodowej przez inne kraje podczas XX Międzynarodowych Targów Turystycznych TT Warsaw 2011.
Twoja pozytywna ocena naszej polskiej ekspozycji bardzo mnie uradowała.
Jak wiesz prowadzę ze studentami zajęcia etniczne, ponadto jestem autorem wystawy „Polski haft, od Bałtyku do Tatr” stąd moje wyczulenie na dbałość o korzenie naszej kultury.
Dlatego z bólem serca obserwuję wszelkie zmiany w elementach folkloru >In ctudo< (stroju, instrumentach, piosenkach) chodzi mi o zacieranie różnic regionalnych.
Kilka przykładów:
W Zakopanem mówi się na nie koza, w Beskidzie Żywieckim dudy, w Beskidzie Śląskim gajdy*. Dudy są dmuchane ustami przez co są niewygodne, bo muzyk grający nie może już śpiewać. W Beskidzie Śląskim gajdy na początku były bardzo podobne do dud.
Podczas przeglądów artystycznych i festiwali zjeżdżali się muzycy z całego kraju, również muzycy grający na koźle weselnym i dudziarze z Wielkopolski. Oba te instrumenty z tego regionu mają miechy do napełniania worka powietrzem. Od pewnego czasu zarówno dudy jak i gajdy pompuje się dymlokiem. Spodobała się ta wielkopolska technika napełniania skórzanego worka muzykom z Podhala… (i pośpiewać można)
CUCHA inaczej GUNIA u górala spełnia funkcję wierzchniego okrycia, jest rodzajem sukiennego płaszcza bez podszewki, w kolorze brunatnym (cucha czarna) lub białym, o kroju poncha poprzecznego. O tym, że górale nosili cuchy „od zawsze”, powszechnie wiadomo, jednak ich kolor i kształt był ściśle zróżnicowany nie tylko w skali górskich subregionów, lecz nawet poszczególnych wiosek. Kolejna „topograficzna zasada” dowiedziona na podstawie długości cuchy informowała o miejscu pochodzenia danego górala, bowiem im bliżej mieszkał gór, tym krótsze nosił okrycie, stąd bukowińskie, zakopiańskie i kościeliskie były najbardziej kuse. Oba rodzaje guni szyte były z samodziałowego sukna przez wiejskich krawców – specjalistów.
Obecnie prawie wszyscy podhalańscy górale noszą kożuszki z Jurgowa.
Dbałość o swoją tożsamość można a może właśnie należy uwspółcześniać.
Podczas moich letnich sportowo-kondycyjnych obozów baseballistów w Poroninie uczestniczyliśmy w życiu mieszkańców miasta. Wielką radość sprawiało mi postrzeganie zarówno podczas niedzielnych mszy w kościele, czy imprez z okazji Poronińskich Śpasów, elementów zdobniczych w ubiorach – zwłaszcza damskich – gruski, romby, palmety, (po góralsku zwane kogutami), kółka, esy i zawijanki, wykonywane nierzadko techniką „pajączkową”, czy maszynowo haftowane kompozycje róż, winorośli, dziewięciornik, złotogłowia, parzenice, typowych dla Podhala.
Niestety – media, TVP oraz inne zespoły filmowe przygotowujące „reklamówki” tworzą je ze szkodą dla polskiej kultury. Mają za nic o dbałość etnografii, a zwłaszcza rękodzieło, sztukę ludową słowem folklor, który bowiem w sposób najwierniejszy oddaje koloryt kraju – naszego kraju – Polski.
W teledysku „pieją kury, pieją nie mają koguta”, po mimo, że wyraźnie tekst mówi – „…oj piękna ta biłgorajska nuta…”, postaci występujące ubrane są w stroje łowickie.
Kostium piękny i ślicznie zaprezentowany w reklamie wody „Mazowszanka”, tu wspaniale zagrały łowickie pasiaki.
Ale są jednak regiony, które dbają o czystość folkloru np.: Wielkopolska, Małopolska, Podkarpacie. Kaszuby, Śląsk – Zagłębie… Widać tam pracę etnografów, antropologów kultury, są też etaty tych fachowców, chociażby w Regionalnym Ośrodku Kultury i Sztuki w Suwałkach.
Jarzębino, wiele radości sprawiło Tobie spotkanie z zespołem „ Śląsk”.
Mam oto taką refleksję:
Aktualna zawierucha polsko-polska (walka ugrupowań politycznych) podsycana programami TV zwiększającymi im tylko oglądalność, przypomina mi artykuły recenzentów, młodych pseudoznawców folkloru ale mających dostęp do publikacji – starających się poróżnić (skłócić) Zespoły „Mazowsze” i „Śląsk”.
Jako Mazowszanin wcześniej urodzony (bo tak określamy tych członków „Mazowsza”, którzy pracowali w Zespole za czasów dyrekcji p. Miry Zimińskiej – Sygietyńskiej), doskonale pamiętam nasze wspólne „Śląska” i „Mazowsza” relacje. Wspólnie braliśmy udział wraz jeszcze z Centralnym Zespołem Artystycznym Wojska Polskiego, a nawet wspierani członkami Zespołu „Warszawa AWF” w olbrzymich przedsięwzięciach artystycznych w Polsce i wielkich koncertach sławiących nasz kraj za granicą. Odwiedzaliśmy się nawzajem, nie tylko z okazji jubileuszy, ale również prywatnie.
Te dobre relacje funkcjonują do dzisiaj.
W 2010 roku w Mateczniku „Mazowsza” w Krolinie odbył się koncert „Śląska”. A w tym roku „Mazowsze” występowało w Koszęcinie.
Kultura ludowa – to korzenie kultury narodowej.
A naszym politykom niestety brak kultury osobistej.
*gajdy (osm.-tur. gajda) muz. ludowy instrument muzyczny dęty złożony z miecha i dwóch piszczałek; dudy
„Słownik Wyrazów Obcych” Wydawnictwo Europa, pod redakcją naukową prof. Ireny Kamińskiej-Szmaj, autorzy: Mirosław Jarosz i zespół. ISBN 83-87977-08-X. Rok wydania 2001.