Polowanie na nadobne

„Ciągle chodzę na polowania, choć nie strzelam – przyznał w Poranku Radia TOK FM Bronisław Komorowski. Jak dodał rezygnacja przychodzi mu z trudem: – To trochę jak picie piwa bezalkoholowego.”

Tenże cytat naszego Prezydenta wywołał bardzo, w mojej opinii, ciekawą dyskusję na Facebooku dotyczącą polowań jako takich i Pana Prezydenta jako takiego. Kij w mrowisko, jak zwykle wsadził Wojtek: „Nie jest to pierwsza dyskusja na temat myśliwych, nie krytykuję Prezydenta, szanuję go za to, co wyżej powiedział i robi, niezależnie od pobudek…on się odzwyczaił, mogą i inni.

Ja: „Gdyby Prezydent uzasadnił swoje stanowisko zamiast okazać swoje cierpienie może byś mnie Wojtku, przekonał…..rozumiem, że chcesz aby Prezydent dał przykład…Lepsi byliby celebryci, na nich patrzy „świat” i stąd czerpane są wzorce, niestety…Mam znajomych, którzy polują zawzięcie i z zamiłowaniem strojąc w trofea myśliwskie swoje domy. Czy skoro palenie jest de mode to oznacza, że ludzie przestali palić? Idę na fajkę..”

Wojtek: „Też znam kilku myśliwych, kilku z nich szanuję innych nie cierpię, zwłaszcza tej bandy wyłażącej z biurowców, w nowiutkich ubrankach i strzelającej byle jak, po których łowczy muszą „sprzątać” godzinami tropiąc ranne, konające zwierzę. A banda w tym czasie upija się do nieprzytomności, bo musi odstresować udział w codziennym wyścigu szczurów. Powinno być osobne słowo określające takich myśliwych. Tak jak w żeglarstwie są żeglarze i yachtsmani, ci drudzy odpowiadają wzorcowi, o którym piszę…

X: Prezydent jest szczery (jak dziecko), kiedy mówi jak wielką frajdą jest polowanie. Z perspektywy jego pozycji to nietakt, ale wolę to niż tłumaczenie, że poluje się dla „równowag gatunkowej”, kiedy tak naprawdę chodzi o przyjemność zabijania.

Kilka powyższych cytatów nie oddaje całego spektrum dyskusji o krwawych i bezkrwawych łowach, tortur zadawanych sobie samemu na odwyku, próby systemowego rozwiązania problemu oraz czerpania przyjemności li tylko ze spaceru po lesie bez używania sztucera. Jeden aspekt mi w trakcie dyskusji wyleciał z głowy, dorzucę go więc teraz. W latach minionych Biuro Podróży „Orbis”, które już nie istnieje, posiadało wydzieloną sekcję polowań, zajmującą się organizowaniem przyjazdów zagranicznych myśliwych lub jak powiada Wojtek yachtsmanów do Polski. Ustrzelenie jednego byka kosztowało dewizowy majątek. Lodówki na zapleczu kuchni hotelu ” Victoria”  zapchane były upolowaną zwierzyną, oddaną przez gości hotelowych na przechowanie, niczym biżuteria do sejfu. Nie orientuję się, jak to obecnie wygląda, przez „to” rozumiem czerpanie korzyści majątkowych z polowań również w postaci podatków od prowadzonej „działalności gospodarczej”.

A co do przyjemności czerpanej z polowania, poniżej prezentuję, za zgodą autora, opowiadanie Damiana, które zajęło pierwsze miejsce w konkursie „Mój skrzydlaty okaz tego lata” rozpisanym na forum przyrodniczym  fotoptaki.art.pl.

„O nadobnej (czapli – dop. mój) pierwszy raz usłyszałem na początku sierpnia, kiedy byłem jeszcze na campingu. Na stawy wybrałem się w dniu, w którym wróciłem z Doliny Nidy. Na miejscu ujrzałem 9 nadobnych. Takiej liczby osobników nie widziałem jeszcze nigdy w życiu. Przenocowałem w terenie i o 3:00 udałem się do wcześniej postawionej czatowni. Gdy było jeszcze ciemno przyleciało stadko brodźców śniadych. Wokół mnie krążyły też kwokacze i łęczaki.
Wreszcie gdy zaczęło świtać usiadły czaple, szczególnie dużo było białych, ale było wśród nich i kilka nadobnych. Towarzystwo usiadło niestety po drugiej stronie stawu. W pewnym momencie zaczęły przechodzić z jednej części stawu na drugą. Czaplę białą udało się uwiecznić, ale nadobna pokonała ten dystans lotem. Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie.
Niestety następny tydzień miałem bardzo zajęty i nie mogłem dalej powalczyć z tematem. Po upływie tego czasu myślałem, że ich już nie ma i zająłem się innymi tematami.
Wszystko odmieniło się, gdy pewnego razu na forum obserwacyjnym przeczytałem, że one dalej tam są, a w szczytowym momencie było ich nawet 20 !!!
Szybka decyzja i postanowiłem zmierzyć się z nimi ponownie. W planach były 3 dni fotografowania. Zabrałem potrzebny sprzęt, a tata odwiózł mnie na miejsce. Do wieczora obserwowałem, gdzie mniej więcej siadają, po czym rozstawiłem czatownię.
Przenocowałem w namiocie, a rano już czekałem w kryjówce. Jako pierwsze przed świtem pojawiły się siewki, a następnie rybitwy i oczekiwane nadobne. Nie było to jednak „pełno kadrowe” spotkanie, bo czaple trzymały się ode mnie w bezpiecznej odległości. Wschód zaczynał się powoli rozkręcać, bo wokół mojej czatowni krążyły rycyki i przesiadywały rybitwy białowąse, które zdecydowanie przejęły kontrolę nad tym co się dzieje w ich rewirze. Atakowały każdego, kto się do nich zbliżył m.in. rycyka oraz nadobne (dzień wcześniej inne osobniki atakowały błotniaka stawowego). Czas powoli leciał, a główne modele dalej trzymały się daleko.
Zapatrzyłem się trochę na nie i za późno dostrzegłem 3 kszyki, które zbliżyły się do mnie na wyciągnięcie ręki. Żerowały tak sobie dobre 5 minut, a ja nie byłem w stanie nastawić ostrości (były za blisko). W pewnym momencie na chwilę się oddaliły i pozwoliły na wykonanie kilku ujęć, ale wciąż było to za blisko. Sesja zakończyła się na tym, że odeszły tyłem do mnie.
Swoją uwagę skierowałem więc znów na nadobne. Okazało się, że stadko zaczynało się przerzedzać i pozostały tylko 2 osobniki. Dostrzegłem też, że prawie rozładowała mi się bateria.
Co tu dalej robić? Upał był niesamowity!!! Przed godz.12:00 potrząsłem czatownią, ale nic się nie wypłoszyło. Zacząłem klaskać, a tu dalej nic. W końcu wzmocniłem przekaz, a ptactwo lekko zdezorientowane na chwilę odleciało. Wyszedłem z czatowni, przebrałem się i ruszyłem do sąsiedniej wioski prosić kogoś o naładowanie baterii. Udało się ! Pewni ludzie się zgodzili, za co jestem im niezmiernie wdzięczny. Odczekałem 1,5 h i skierowałem się w stronę czatowni.
Dotarłem na miejsce i ………… !!!! Normalnie nadobna była pod moją czatownią na „pełen kadr”, albo i portret, a do tych 2 osobników doleciała reszta stada wraz z bonusikiem w postaci bociana czarnego.
Nie trwało to długo, bo za chwilę „pełno kadrowe” nadobne odleciały.
Mimo szczęścia, w tym miejscu postanowiłem przenieść czatownię w stronę większej grupki (przemawiał za tym fakt, że co odleciały, to wracały właśnie w to miejsce).
Namęczyłem się strasznie, bo przy takich upałach to nie jest łatwe zadanie. Od przyjazdu wypiłem już 2 butelki wody mineralnej. W końcu wszystko było gotowe. Założyłem aparat i wszedłem do czatowni, która tym razem nie znajdowała się na błotku, a już na wodzie (co prawda płytkiej, ale zawsze to woda). Nadobne wróciły po pewnym czasie, ale usiadły w innym miejscu. Czekałem dalej na to co się wydarzy…… i nic. W końcu przeleciały na sąsiedni staw (widocznie jeszcze się nie przyzwyczaiły się do czatowni). Odwróciłem się by sięgnąć po telefon……. a tu wszystko utopione !!!
Mimo, że trzymany był w reklamówce ,to woda jakoś się tam dostała. Ptaków i tak żadnych w tym momencie nie było, wyskoczyłem więc z czatowni. Tak ubłocony to nie byłem jeszcze nigdy, mimo że mam już za sobą kilkanaście wyjazdów na błotko (jedynie aparat i obiektyw były czyste- a to najważniejsze). Ruszyłem w kierunku brzegu, przebrałem się, umyłem się, spakowałem aparat i wszystkie wartościowe rzeczy, po czym ruszyłem w kierunku przystanku autobusowego.
Skoro telefon nie działa to rodzice się nie dodzwonią- nie było innego wyjścia jak powrót do domu.
Niestety przystanek do którego zmierzałem znajdował się ok 35 km od domu, a ja nie znałem rozkładu jazdy tutejszych busów. Wiedziałem tylko, że na pewno nie obejdzie się bez przesiadki.
Czekałem już prawie 50 minut i nic nie przyjechało, a była już praktycznie noc.
Po długich próbach jakimś cudem udało mi się włączyć telefon i wykonać jeden telefon do taty, w którym wyjaśniłem jak sprawa wygląda i spytałem się, czy by nie mógł po mnie przyjechać.
Po pewnym czasie byłem już razem z nim na stawach. Z latarką w ręce składałem rozstawioną czatownię, a mimo nocy upał doskwierał dalej. Ciężko też było poznosić ciężkie materiały, które były przesiąknięte wodą. Po wielkim wysiłku udało się wszystko szczęśliwie spakować i o 23:00 wyjechaliśmy spod stawów. Następnego dnia rzeczy myłem 3 godziny.
Mimo, że zdjęcie okazało się przekrzywione i musiałem je lekko prostować, to nigdy nie zapomnę przygody z nim związanej.”

Damian „upija się piwem bezalkoholowym” czego o dzisiejszej młodzieży, generalizując, powiedzieć się nie da. Gratuluję mu wygranej w konkursie i zazdroszczę niezapomnianej przygody o zdjęciu już nie wspominając. Przy czaplach nadobnych moje gruchające gołąbki (Opowiadanie: Gołębica) rozłożone zostały na łopatki ale też ja preferuję ławkę w parku ponad moknięcie w czatowni.
Kolejny konkurs na forum nosi tytuł „Mały jest piękny” a wygrać można udział w warsztatach fotograficznych. Pojawiły się już pierwsze, fantastyczne zdjęcia „maluchów”, więc wszystkim myśliwym udanych łowów życzę.

Zdjęcia: czapla nadobna (gatunek chroniony) – Marek Paluch; Opowiadanie i zdjęcie grupy czapli nadobnych – Damian Bednarz


Ten wpis został opublikowany w kategorii MOJE OPOWIADANIA, Pieski świat i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free