Na początku tego roku funkcję prezesa Accoru – właściciela takich marek hotelowych jak
Sofitel, Mercure, Ibis, Novotel, Etap i Orbis objął Denis Hennequin, przez 26 lat prezes McDonald’s Europe.
„Denis Hennequin has to turn hotels into hamburgers (…) Like “the Big Mac, Accor brands need to be able to deliver the same product wherever you go,” said Ian Gamse of London- based Otus & Co., which advises Marriott International Inc. and Hilton Worldwide Inc. “Accor may have to trim its portfolio of brands if it can’t coherently explain the difference between them, and prune hotels that don’t conform.”
(Denis Hennequin ma przerobić hotele na hamburgery (…) Podobnie jak to ma miejsce z ” Big Mac” brendy Accoru będą zmuszone dostarczyć ci ten sam produkt, gdziekolwiek jesteś „, powiedział Ian Gamse – Otus & Co, Londyn, doradca Marriott International Inc. oraz Hilton Worldwide Inc „. Accor prawdopodobnie przytnie swoje portfolio marek, jeśli nie będzie można spójnie wyjaśnić różnic między nimi i pozbędzie się hoteli, które nie odpowiadają” – koncepcji Big Mac’a – dop. mój.) – http: bloomberg.com
Niebywale mnie ta wiadomość rozbawiła, nie ujmując nic Panu Hennequin, który, jak czytam, uważany jest za wybitnego specjalistę od franszyzy i pokładana w nim jest wielka nadzieja, że wyciągnie Accor z długów oraz tę franszyzę rozwinie dla organizacji. Ma na to sześć lat. Rozbawiła, gdyż powyższą notkę Bloomberga skojarzyłam sobie z artykułem Pauliny Pacuły i Katarzyny Krygier na portalu http/platine.pl, który pretenduje do portalu mającego wpływ na styl życia w dobrym guście. Artykuł nosi nazwę „Hilton, Radisson, Hyatt: McDonaldy wśród hoteli” i wyszło mi, że wśród takich zwyczajnych cheeseburgerów i hamburgerów Accor zamierza być największym z nich, serwując podwójną porcję mięsa i dodatkowe piętro z bułki.
W opowiadaniu „Bezduszne hotele” czepiam się wizytowanych przeze mnie obiektów zakwaterowania zbiorowego w zabytkach, poszukując w nich ducha dawnych epok, nawet jeśli miałby być to urzędujący tam przed wiekami wampir, który dzisiaj dodałby smaczku zakwaterowaniu. Sama obecnie zmagam się z problemem nadania jakiegoś charakteru obecnemu mojemu lokum, dysponując tym, co w tym lokum zastałam, tym, co ze sobą przywiozłam i nie dysponując gotówką. Wiem więc, jakie to może być trudne, szczególnie jeśli trzeba pogodzić coś, co pogodzić chyba się nie za bardzo da. Zawsze twierdziłam, że eklektyzm jest ponadczasowy, jakiś ład i porządek należy jednak w nim wprowadzić a o duchu pomyślę na końcu. Jest najważniejszy i ma tutaj ze mną zamieszkać.
O hotelach i ich duszach napisała świetny artykuł w Polityce Joanna Podgórska – nr 13(2698) z 28 marca 2009. Autorka rozpoczyna od stwierdzenia, „że ludzie dzielą się na tych, dla których każda noc spędzona poza domem to koszmar, i na tych, którzy kochają hotele. Lubią długie korytarze, zakamarki, odgłosy zza ścian, spokój nocnych portierów i ten moment przed naciśnięciem klamki, kiedy jeszcze się nie wie, co się zobaczy za drzwiami.”
Według tego podziału ja zdecydowanie należę do ludzi, którzy hotele kochają i nie tylko dlatego, że jestem hotelarzem ale też jestem turystą i wiele podróżowałam w życiu, w tym również biznesowo. Nieodmiennie, odkąd pamiętam, znajomi ze swoich podróży dzielili się ze mną wrażeniami ze swojego pobytu w hotelach pod tytułem: mieszkaliśmy w hotelu pięć gwiazdek albo wiesz, nasz hotel miał tylko cztery gwiazdki ale ja bym mu dała cztery i pół.
I na tym temat się kończył. Wykładnia standardu, świadcząca o komforcie pobytu i równocześnie o zasobności portfela nic mi o tym hotelu, tak na dobrą sprawę nie mówiła. Pewnie był to kolejny, pobytowy McDonald’s.
Pamiętam jak dziś, kiedy to mój szef, prezes Orbisu, wizytował w 2005 roku uroczystość otwarcia hotelu w Turcji. Zaraz po powrocie podzielił się swoimi wrażeniami nie tylko ze mną ale ze wszystkimi hotelarzami na łamach „Hotelarza”. – „Las Vegas w średniej skali. Refleksja na temat tureckich inwestycji.” – Hotelarz, sierpień 2005.
„W miejscu (w Belem – dopisek mój), gdzie dziewięć miesięcy wcześniej roztaczał się typowy krajobraz wypalonego klepiska, powstała osada z nawodnionymi kanałami i basenami. Na powierzchni ponad czterdziestu hektarów wybudowano tu – podkreślam: w dziewięć miesięcy! – hotel z ponad 600 pokojami i 35 apartamentami, 40 willi oraz 90 bungalowów w niskiej zabudowie. A wszystko to w standardzie realnych pięciu gwiazdek. Do tego sieć basenów, 10 kortów tenisowych, pełne centrum Spa, wraz ze wspaniałą łaźnią turecką. Hitem zaś jest aquapark, w którym umieszczono – w nawiązaniu do Troi – konia o wysokości 25 metrów i gigantyczny system wodny gwarantujący niezapomniane przeżycia.
Z rzeczy ważnych należy jeszcze wspomnieć o 15 restauracjach zaprojektowanych w różnym stylu, 13 barach zlokalizowanych na lokalnych uliczkach, z których prawdziwa ulica paryska ze sklepami i kafejkami robi naprawdę spore wrażenie. Należy zaznaczyć, że ten „kawałek Paryża”, został stworzony wewnątrz hotelu, co oddaje skalę budynku. Ogółem jest tu około 80 sklepów – niestety, tylko z produktami światowych liderów snobizmu i cen (….).Całość obsługuje niezliczona ilość personelu o międzynarodowym pochodzeniu.” Do tego 700 m plaży, amfiteatr na 1500 miejsc i dyskoteki.
Ten r e a l n y standard pięciu gwiazdek plus zagospodarowanie obiektu powiedziały mi o nim wszystko. Ciekawe, jak ktoś by podsumował swój pobyt w bezobsługowym Etapie.
Adieu zatoko snów,
goodbye riwiero marzeń.
Za rok zobaczę znów mój stolik w coktail barze.
Na szklanki pustym dnie obejrzę stary film
o ludziach, co we mgle,
o czasie, który był.
A tulił nas jak port, jak fort lirycznych band,
elegant Beer Band, lord, sopocki hotel Grand.
Hotel Grand.
Hotel Grand.
Adieu zatoko snów,
goodbye riwiero marzeń.
Za rok zobaczę znów mój stolik w coktail barze.
Tu piękniał każdy gość i lasem pachniał Dżin
i fajkę palił ktoś, Japończyk albo Fin.
Złocistych okien sto patrzyło z brzegu, gdy
na plażę wybiegł ktoś po zeszłoroczne łzy.
Najbielsze z białych mew spadały do stóp mi,
anioły prosto z chmur do balkonowych drzwi.
Kochanki były tam z journalu erotic,
do dziś niektóre znam, po innych został krzyk. – Agnieszka Osiecka, Sopockie bolero
Agnieszka Osiecka najwyraźniej należała też do tych ludzi, którzy kochają hotele. Joanna
Podgórska o sopockim Grandzie pisze w duchu Agnieszki Osieckiej: „W 1950 r. rząd przyjął uchwałę o rozwoju turystyki zagranicznej i pozyskiwaniu dewiz. Powstał Orbis, który przejął najlepsze polskie hotele. Stały się czymś w rodzaju enklaw, w których autochtoni kontaktowali się z cudzoziemcami, wymieniając dewizy, ciuchy i usługi. Grand bawił się nawet w najgorszych latach 50. To tu powstało powiedzenie, że wódka pita z umiarem nie szkodzi nawet w największych ilościach. Tu ściągali bikiniarze i jazzmani. Na deptaku szeleściły halki, stukały szpilki i pachniało Soir de Paris. Bawił się w latach 60. Na płatnej plaży opalali się Kalina Jędrusik, Stanisław Dygat, Beata Tyszkiewicz, Andrzej Wajda, Stefan Kisielewski, a nieskazitelnie elegancki Antoni Słonimski przechadzał się z laseczką. W pokojach hotelowych dla wtajemniczonych działała nielegalna ruleta, a służby dyskretnie inwigilowały towarzystwo, które wiedziało, że jest inwigilowane. Tu działała słynna scena muzyczna Zimowy Nonstop, gdzie debiutowały Czerwone Gitary. Bawił się latach 70., gdy otwarto tu pierwszą w Polsce dyskotekę. A gdy startował festiwal sopocki, zabawa osiągała apogeum.”
Miał ten hotel, oj miał, swojego ducha i to nie jednego. Zatrzymywałam się w starym Grandzie nie raz na dłuższy pobyt. W tym nowym, już o marce Sofitel, nie byłam, nie wiem więc, czy duchy w nim jeszcze żyją. Wbrew legendom uśmiercić ducha jest bardzo łatwo i nie potrzeba do tego Ghostbusters*. Joanna Podgórska pisze, że: w apartamencie de Gaulle’a, który gościł tu w 1976 r., nadal stoją te same meble. Oglądałam tenże apartament swego czasu, gdyż wspomnienie o de Gaulle’u przyćmiła mi wtedy plotka o jednym z żonatych, francuskich dyrektorów Accora, który upodobał sobie to miejsce na noclegi z kochanką. Co tu dużo mówić, orbisówek bywał niesłychanie plotkarski a wieści, szczególnie te pikantne, rozchodziły się błyskawicą po całym kraju. Łóżko de Gaulle’a było jeszcze ciepłe. Polski dyrektor nie popełniłby podobnego faux pas.
O hotelach z duszą, które pozostały w mojej pamięci napiszę przy innej okazji i dokładnie tę duszę opiszę. Z całą pewnością nie były to ekonomiczne hotele sieciowe, chociaż od reguły zdarzają się czasami interesujące wyjątki. „Idea sieciowych hoteli ekonomicznych opiera się na tym samym pomyśle, co hamburger McDonalds’a. W każdym zakątku świata kanapka ma ten sam smak, temperaturę i plasterek pomidora o określonej średnicy (…).Przekraczając drzwi sieciowego hotelu, gość wie dokładnie, co będzie w środku. Wie, że od Londynu po Montevideo w sieci Ibis zastanie pokój o powierzchni 16,38 m kw., bar czynny całą dobę, a zgłoszony w recepcji problem winien być rozwiązany w 15 minut, czyli w tzw. kwadrans na zadowolenie. A przy tym masowość jest tania.
Sieciówki nie mają duszy” – Joanna Podgórska

Facebook
Zwierzolubni
Kiedyś w rozmowie z Tobą, żartem przyrównałem dzisiejsze hotelarstwo (szczególnie to w Irlandii) do sieci Tesco, dzisiaj niczym w powieści godnej Harlequina, a może Hennequina rodzi się mariaż
wyrka z hamburgerem. W tej sytuacji nowego znaczenia nabiera nazwa profilu szkolenia zawodowego (hotelarsko – gastronomiczne). Już niedługo gość spytany – Jak mu sie spało? – będzie odpowiadał – Smmacznie i trzeba będzie rozumieć to dosłownie.
A Etap, no cóż to taka hotelowa prostytucja. Prawdziwą satysfakcje osiągną desperaci i frustraci, dla całej reszty to tylko życiowa konieczność którą nie wypada się chwalić.
Grand, stary dobry Grand, każdy z nas, którzy mieli szczęście w nim mieszkać, jednym tchem wymieni wszystkie jego mankamenty, tylko kto o tym pamięta, wszystko co złe skrywał genius loci i cudowna historia tego miejsca, że o ludziach nie wspomnę.
Znowu się rozklejam…
Individuality is either the mark of genius or the reverse. Mediocrity finds safety in standardization (Frederick E. Crane)
Indywidualność jest oznaką geniuszu lub odwrotnie. Przeciętność znajduje bezpieczeństwo w standaryzacji (Frederick E. Crane)
Czytając pocieszałem się, że w grupie „hotelowych McDonald’s” nie pojawia się starwood – ale nie ma się co oszukiwać, w segmencie 5* wszystkie hotele sieciowe służą głównie korporacjom, i wychodząc naprzeciw im potrzebom ujednolicają wygląd i wystrój swoich obiektów. Być może po to, żeby nieprzebrane zastępy korporacyjnych mrówek wszędzie czuły się tak samo, by poduszka była tak samo miękka, lub twarda, by po omacku sterować pilotem TV, by doskonale wiedzieć, co oferuje piętro o podwyższonym standardzie etc. etc. Może ma to budować jakieś złudne poczucie bepieczeństwa, w każdym razie tej tendencji nie da się już chyba odwrócić…. elas – no ale tak zmienia nam się świat, a wraz z nim świat hoteli. Nie buntuję się przeciw temu, ale dlaczego, jeśli już ujednolicać wystrój, dlaczego to wszystko takie brzydkie? Dlaczego – tu przykład z własnego podwórka – kłóci się z architekturą pierwotną hotelu, wygląda ponuro, wszystko jest ciemno-brązowe, wręcz brunatne, czerwień smutna i ciemno-pastelowa? Przecież można by zachować przy utrzymaniu tych samych kosztów choć cień elegancji, którą wręcz pachniały hotele w ubiegłych dekadach? Ha… aż boję się sam wysnuwać wnioski – może właśnie po to, by po mrówczej pracy w biurze, atmosfera pracy nie opuszczała mrówkowych zastępów i w chwili odprężenia biurowe wnętrze w hotelu ma przypominać: Halo?! na pewno masz coś jeszcze do zrobienia, włącz laptopa – internet masz przecież wliczony w cenę – specjalnie dla Twojej firmy.
Konia z rzędem temu, kto znajdzie mi hotel z duszą – na pewno skorzystam, o ile za duszę nie trzeba płacić złotem, czy Frankiem Szwajcarskim
P.S. Bardzo miłe wspomnienie o Grandzie, którego już nie ma, wspaniałe nazwiska, no i Osiecka – piękny tekst, którego nie znałem.