Byłem w zamku, w którym straszy!
Przyjechaliśmy wieczorem, Jarzębina przemeblowała nasz pokój, to znaczy przestawiła meble, bo według niej do niczego się nie nadawał. Ani laptopa podłączyć inaczej niż na poduszce ani telewizora pooglądać, bo gdzieś w kącie a telefonu nie mogła znaleźć, więc ciągle chodziła do recepcji i ktoś do nas z tej recepcji przychodził, żeby pomóc ale też nie za bardzo był zorientowany, co i jak.
Potem zgłodnieliśmy i Jarzębina chciała mnie zaprosić na wystawną kolację, jak na wystawny zamek przystało ale w recepcji też nikt nie wiedział, do której godziny jest restauracja otwarta:
- a, bo my nie wiemy, to nie nasza restauracja, otwierają i zamykają, kiedy chcą…
Była zamknięta, poszliśmy więc spać głodni. Do miasta daleko, tak więc Jarzębina otworzyła moje pół puszki Pedigree Pal przywiezione z domu i pożądliwie patrzyła, kiedy konsumowałem resztki kurczaka z jagnięciną. Myślałem, że mi w gardle staną, kiedy tak wlepiała oczy w moją miskę! Na szczęście były bez kości.
A w nocy pojawiły się duchy.
Skradały się powoli..kap, kap, kap, ćwir, ćwir, ćwir, kap, kap, kap, ćwir, ćwir, ćwir….
Ulla kiedyś napisała komentarz do opowiadania „Powódź wbita na pal” : Iwonka – nie
zazdroszczę Ci tego żabiego koncertu przez całą dobę. To chyba jest gorsze od „zakochanych” gołębi na balkonie, które wyznają sobie miłość najchętniej miedzy 4 a 5 godziną rano.
To nie był żabi koncert ani też miłosne gruchanie. To było zupełnie coś nowego. Zbliżała się północ: kap, kap, kap, ćwir, ćwir, ćwir, kap, kap, kap, ćwir, ćwir, ćwir….a ja czekałem na białą zjawę i coś w stylu uha, ha, ha…
Jarzębina zarzuciła sobie kołdrę na głowę i przy okazji zarzuciła też mnie. Myślałem, że się uduszę, wystawiłem więc mordę i znowu: kap, kap, kap, ćwir, ćwir, ćwir, kap, kap, kap, ćwir, ćwir, ćwir….minęła północ a tu dalej kap, kap, kapią łzy, w łez kałużach ja i ty…
Tego już było za wiele, szturchnąłem Jarzębinę porządnie nosem i kazałem jej natychmiast coś z tymi duchami zrobić. To ona jest specjalistką od zjaw pozaziemskich a i od hoteli też. Zwlokła się z łóżka i poszła do łazienki. Wyłączyła duchy na dobre!
Wiedziałem, że mogę na niej polegać i czuć się przy niej bezpieczny. Zasnąłem jak więzień po przejściu chińskiej tortury wodnej.
Rano, po spacerze Jarzębina udała się po parówki dla mnie i przyniosła mi jeszcze ciepłe.
Mniam……lubię te hotelowe śniadanka. Jarzębina twierdzi, że też, jak jest w czym wybierać. Ona jest na diecie a wybrać specjalnie nie miała z czego, więc zjadła absolutnie jej zakazaną jajecznicę. Zrobiła się taka głodna, że było jej wszystko jedno. Nie przeszkadzał jej bród i odpadające tynki ani nawet facet, który przy stoliku obok wysmarkał sobie nos w chusteczkę śniadaniową. Od brudu jeszcze nikt nie umarł. Od zimna tak. Na przykład żołnierze pod Stalingradem!
My mieliśmy ciepło a nawet za ciepło, gdyż Jarzębina przykręcała kaloryfery. Ja chodzę w futrze i ona ma to na uwadze. Co było dalej, opowiem kiedy indziej. Teraz idę przewietrzyć moje futro, żeby mi mole nie zeżarły. Ciao!
Facebook
Zwierzolubni
Tęsknota….
To jakaś wróżba, czy przesąd?
Gołębie na balkonie, żaby w jeziorze – dom. A Ulka się nie zna.