„Miałem takiego fajnego kolegę…służył mi zamiast tablica ogłoszeniowa”. Powyższą kwestię
wygłosił Arek w kontekście znajomych, którzy opowiadają wszem i wobec ze szczegółami, co u nas słychać a także umiejętności trzymania języka za zębami, kiedy się stanie powiernikiem czyjejś tajemnicy. Poprzednia kwestia, której nie cytuję, dotyczyła powierzania swoich sekretów, czyli zwierzania się na przykład najbliższej przyjaciółce, która z wypiekami na twarzy natychmiast przekazuje informację dalej.
W tym względzie ludzie są niepoprawni od lat, uwielbiają się sprzedawać, jako dobrze poinformowani i przez to stawać się języczkiem uwagi chociaż na pięć minut. Z drugiej strony, jeśli własne życie jest monotonne i nic się w nim nie dzieje albo się wprost przeciwnie, dzieje ale źle, to o ileż przyjemniej jest żyć publicznie cudzym życiem, za które się nie bierze odpowiedzialności. To tyle tytułem wstępu.
Korek, mój pies, jest moją tablicą ogłoszeniową.
W opowiadaniu Miodowe lata z Jarzębiną – cz. 24 opowiedział o przygodzie z akwarium, ubezpieczycielem i warsztatem samochodowym likwidującym szkodę powypadkową. Dokończę tę historię, żeby postawić kropkę nad „i”. Nie chciano mi wydać auta z warsztatu, dopóki nie zapłacę całości należności w gotówce. Pobrano ode mnie kwotę „x” uwzględniającą VAT. Za jakiś czas otrzymałam fakturę VAT na kwotę „x+1”. Nie mogąc się połapać w rozliczeniach pomiędzy ubezpieczycielem a warsztatem, wykonałam telefon do ubezpieczyciela i dowiedziałam się, że pobrano ode mnie za wysoką zaliczkę i do zwrotu mam kwotę „y” z nadpłaconym VAT-em. Po miesiącu czekania na zwrot zrobiłam awanturę i u jednego i u drugiego, w wyniku czego otrzymałam zwrot w kwocie „y+1”. Dla jasności sprawy, nie rozmawialiśmy o kilku złotych a o kilku tysiącach i to +1 miało istotną wartość. Czyżbym dostała odsetki za zwłokę?
Nie mam pojęcia, jak sobie ich księgowa z tym tematem poradzi ale to już nie mój ból głowy. Zabezpieczanie w powyższy sposób swoich należności mogę porównać jedynie do krwiopijczych banków a nabijanie klientów w butelkę pozostawiam bez komentarza.
Jak się okazuje, nie po raz pierwszy zresztą, czasami nawet będąc w niekorzystnej sytuacji, czyli „ po prośbie” warto nie odpuszczać tematu i w sposób stosowny do danej sytuacji upominać się o swoje, bez względu na to, co sobie o nas inni pomyślą.
We wczorajszych Miodowych latach z Jarzębiną Korek opowiedział o swojej grze w piłkę z
Tofikiem. Powyższe przypomniało mi historię sprzed lat, która do dzisiaj pośrednio mi nie daje spokoju.
Wiem, że mam bujną wyobraźnię, czasami szukam też dziury w całym i zdarza mi się być z premedytacją upierdliwą, czyli doprowadzać innych do białej gorączki w określonym celu. Wszystko zależy, kogo, gdzie, jak i kiedy i co jest meritum sprawy.
Ponownie tytułem wstępu zaznaczę, że jestem „absolutna noga”, jeśli chodzi o nowoczesne technologie, w tym jeśli chodzi o Internet i telefon komórkowy również. Od roku uczę się metodą prób i błędów gotowania na sensorach – z marnym skutkiem. Na szczęście udało mi się kiedyś opanować bankomat i dokonywać niektórych operacji w internecie….
Było lato 2005 roku. Lipiec.
W pracy od pewnego czasu zaczęto dokładać starań abym z niej odeszła na własne życzenie lub z winy leżącej po mojej stronie bez gratyfikacji wynikających z porozumień zbiorowych. Najczęściej wyciąganym przez pracodawcę „straszakiem” w stosunku do mnie była groźba zwolnienia z tytułu braku zaufania.
Na skutek trwającej od roku reorganizacji firmy panował w niej nieopisany bałagan i trudno się było w tym chaosie poruszać, żeby nie popełnić błędu. Co miesiąc przenoszona byłam z pomieszczenia do pomieszczenia wobec prawdopodobnie ale niekoniecznie fatalnych rozwiązań logistycznych związanych z remontem budynku. Oryginały ważnych dokumentów, które do tej pory zabezpieczałam w kilkutonowym sejfie (na drzwiach pomieszczenia z dokumentacją – związaną ze sprawami około pracowniczymi, porozumieniami społecznymi i sprawami socjalnymi oraz strzeżonymi jak oka w głowie przez Francuzów umowami międzynarodowymi z wysokością wynagrodzeń cudzoziemców i sposobem ich rozliczeń – zawsze po godzinach pracy mocowana była dotychczas plomba, pomimo ochrony i portierni) wylądowały w kilkunastu kartonach przenoszonych co chwila z miejsca na miejsce, podobnie jak reszta mniej ważnej dokumentacji. Zostałam odizolowana nie tylko formalnie ale i emocjonalnie, gdyż koleżanki i koledzy, widząc, co się dzieje i bojąc się o własne posady, obawiali się ze mną rozmawiać, co było dla mnie zrozumiałe. Zatrudnieni zostali nowi ludzie, tak więc równocześnie zaczęły też działać nowe siły odśrodkowe a nie tylko już te z czasem oswojone….. i tak dalej i tak dalej.
Oczy i uszy miałam szeroko otwarte ale napływające do mnie od dłuższego już czasu sprzeczne komunikaty i polecenia dawały mi nieźle popalić, powodując dezorientację, w której łatwo o pomyłkę a tym samym o argument dla pracodawcy.
Bałam się, przyznaję, że się bałam. Traciłam pracę po trzydziestu latach obecności w jednej firmie, od mniej więcej roku przygotowywałam się psychicznie do tego wydarzenia ale też miałam na utrzymaniu, jako jedyny żywiciel od wielu lat trzyosobową rodzinę i potężne długi mojego męża na karku. No i leczyłam się na depresję.
Mój przełożony cały czas zaś używał sformułowań, w których główną rolę odgrywała „piłka w grze” a które pomijałam milczeniem.
Któregoś, lipcowego dnia dostałam SMSa o następującej treści: http://wwwsupersms.pl/test/pilka/new/SMSandVoice.jad. Treść zabrzmiała dla mnie po chińsku ale pobudziła moją wyobraźnię, ze względu na piłkę. Zapytałam więc nadawcę, o co chodzi.
„Szanowna Pani,
SMS wziął się stąd, że wysłała Pani SMSa na numer 2277, na którym aktualnie nie ma żadnych akcji komercyjnych i jest wykorzystywany do testów aplikacji piłkarskiej, więc link do jej pobrania został wysłany także do Pani.”
Znowu po chińsku. Weszłam na chwilę w Internecie na adres http, znalazłam stronę pod tym adresem, odpaliła mi się, wyszłam, weszłam jeszcze raz i już jej nie było. Poprosiłam więc o szersze wyjaśnienie, na czym powyższe testy miały polegać.
„Otóż link, który Pani otrzymała służy do połączenia się z nim za pomocą przeglądarki WAP
lub GPRS w telefonie, nie zaś przeglądarek internetowych. W ten właśnie sposób można ściągnąć różnego rodzaju aplikacje, czy gry Java na telefon komórkowy. Z resztą aplikacja i tak jest zabezpieczona przed ściągnięciem jej na nieautoryzowany numer telefonu, więc jej pobranie z pewnością nie powiodłoby się.”
Dalej po chińsku. Poprosiłam syna o rozjaśnienie mi w głowie a on popatrzył na mnie jak na zjawisko i odesłał z niczym. Zostałam znowu sama na boisku, na którym koniecznie chciałam się dowiedzieć, o jakie testy chodzi.
„Testy służą temu by być pewnym działania usług przed ich wdrożeniem. Trudno mi powiedzieć, gdzie Pani znalazła informację o przesłaniu SMSa na 2277, zatem trudno mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego takiego SMSa Pani wysłała. Tak jak mówię, nie prowadzimy żadnego serwisu na tej linii obecnie, więc żadna kampania w żadnym medium nie mogła do Pani dotrzeć”.
Facet po drugiej stronie miał anielską cierpliwość, tym niemniej ciągle mówił do mnie językiem dla mnie niezrozumiałym a ja zaczęłam się rozkręcać na dobre.
„Potwierdzam, że kampania do mnie dotarła, bez względu na Pana trudności wymienione powyżej. Nadal oczekuję odpowiedzi na moje zapytanie. Skoro numer 2277 jest wykorzystywany do testów aplikacji piłkarskiej, to mam prawo się czuć poddana testowi. Nie wyraziłam zgody na testowanie czegokolwiek przez kogokolwiek na mojej osobie – a Pan to właśnie zrobił. Mam zamiar wyciągnąć z tego faktu konsekwencje.”
Po powyższym stwierdzeniu, następny e-mail, który otrzymałam, nosił tytuł: Message with possibile fraud attempt. Domyśliłam się, że mojemu rozmówcy kibicuje już liczna drużyna.
„Szanowna Pani,
My nic do Pani, żadnego SMSa, gdyż na to musielibyśmy mieć zgodę, zgodnie z tym co Pani pisze. To Pani przysłała SMSa do nas, na numer, który właśnie jest testowany! Poniżej dokładne dane:
Numer nadawcy, nr linii, czas nadejścia, treść: Po pracy mam lekarza, kieszonkowe w domu.
Zatem kontakt został zainicjowany przez Panią, nie wiem jakie z tego powodu chce Pani wyciągać wobec nas konsekwencje. Sytuacja jest kuriozalna, bo można ją porównać do sytuacji, w której Pani dzwoni do kogoś i ma pretensje, że ten odebrał telefon.”
Nareszcie coś „zajarzyłam”…….Syn zadał mi pytanie SMSem na służbową komórkę, czy odbiorę go z uczelni i kiedy dostanie kieszonkowe. Odpowiedziałam przez odpowiedź do nadawcy, nie zwróciwszy uwagi, że zapytanie powyższe wysłał mi nie ze swojego numeru, tylko przez bramke SMS-ową. Lepiej późno niż wcale. Należało się wycofać z godnością.
Na nagłówku kolejnej mojej korespondencji umieściłam tytuł: Message with not possible fraud attempt.
„Szanowny Panie,
po zapoznaniu się z zasadami działania WAP, GPRS i UMTS dodatkowo – z ubolewaniem muszę stwierdzić, że:
1) otrzymałam od Państwa komercyjnego spama, bez mojej zgody na jego otrzymanie
2) przeczą Państwo sami sobie poprzez informację, że aplikacja jest zabezpieczona przed ściągnięciem na nieautoryzowany numer telefonu. W jakim celu wysłana została więc na mój nieautoryzowany numer telefonu?
3) Plączą się Państwo w zeznaniach, tracąc mój czas
4) Obrażają mnie Państwo poprzez zamieszczenie informacji w główce o próbie naciągnięcia…nie wiem na co??
5) Wpędzili mnie Państwo w ciężka depresję, gdyż moja sytuacja życiowa akurat tak się ułożyła, że treść tego SMSa – przy dodatkowej informacji o testowaniu przed wdrożeniem – wywołała niezależne ode mnie reakcje organizmu. Mój lekarz może to w każdej chwili potwierdzić.
6) Podałam swój numer telefonu komórkowego w pierwszym e-mailu. Krótkie, osobiste wyjaśnienie sprawy z pewnością by wystarczyło w miejsce, jak sam Pan to powiedział, kuriozalnej korespondencji.
Proszę się nie obawiać, nie będę wyciągała żadnych konsekwencji ani naciągała Pana czy Państwa na cokolwiek. Proszę uruchomić tę aplikacje piłkarską i traktować sprawę jako nieporozumienie, które niestety przypłaciłam zdrowiem – ale niech tak już zostanie.
7) Proszę na przyszłość o większą rozwagę…..szczególnie przy testowaniu czegokolwiek na kimkolwiek – bez jego zgody.”
Jeśli sądziłam, że w ten sposób załatwię sprawę, to się mocno pomyliłam. Rozmowa dopiero nabrała rumieńców.
„Szanowna Pani
Ubolewam nad Pani stanem zdrowia. Nie mniej jednak nie mogę pozostać obojętny wobec
zarzutów, jakie Pani formułuje. Pozwolę sobie zatem powtórzyć po raz kolejny:
Nasz SMS był reakcją na Pani SMS z dnia, godziny, o treści: Po pracy mam lekarza kieszonkowe w domu, wysłanego z numeru….na numer 2277. Oto odpowiedź na pytanie, dlaczego otrzymała Pani SMS-a od nas!
Proponuję, by odpowiedziała Pani sobie na pytanie, dla zachowania równowagi w odpowiedziach, po co Pani ten SMS na numer 2277 wysłała? Zapewniam Panią, że akcje komercyjne jakie prowadzimy kierowane są do osób, które wyraziły na to zgodę i mają z pewnością inną treść niż link URL, gdyż są zbyt kosztowne by „marnować” całe 160 znaków jakie można w nich zmieścić.
W żadnym momencie naszej korespondencji, mimo kuriozalnej jej treści, nie obraziłem Pani, próbowałem jedynie wyjaśnić jak umiałem najlepiej i najprościej na czym zaistniała sytuacja polegała.
Mając na uwadze swoje zdrowie (moja cierpliwość wisi na włosku w konsekwencji naszej korespondencji) pozwolę sobie jej nie kontynuować. Życzę dobrego zdrowia…”
„Szanowny Panie,
Dziękuję za wyrazy ubolewania, które od razu poprawiły moje samopoczucie. Ponieważ nie będzie Pan kontynuował dalej korespondencji, pozwolę sobie mieć w niej ostatnie zdanie.
Nie formułowałam zarzutów tylko przedstawiłam fakty i wyciągnęłam rękę, żeby zakończyć sprawę stanem nieporozumienia wynikającym z mojego złego stanu zdrowia. Skoro wziął Pan do siebie moją korespondencję jako zarzuty, widocznie poczuwa się Pan do winy
Mój SMS był SMSem z odpowiedzią na SMS mojego syna (funkcja w telefonie – odpowiedz), który chwile wcześniej za pośrednictwem 2277 zadał mi pytanie, czy go odbiorę z uczelni po pracy i kiedy mu wypłacę kieszonkowe. Mój syn nie dostał zwrotnego SMSa od Państwa (dostał za to moja odpowiedź), na dobrą sprawę, to on był pierwszy.
Ta odpowiedź w zupełności mi wystarcza dla zachowania mojej równowagi. Proponuję, żeby to Pan teraz zadał sobie pytanie, dlaczego wybrał Pan mnie a nie mojego syna, wysyłając swoją ofertę. Wychodzi mi, że dlatego, że to ja trzymam kasę, wypłacając kieszonkowe synowi.
Wierzę, że akcje komercyjne prowadzicie Państwo zgodnie z prawem; akcje testowe też?
Do kogo więc wysyłacie nisko kosztowy link URL, też bez zgody odbiorcy? Do takich chorych klientów jak ja ???? W końcu jakieś, nawet minimalne koszty musiały zaistnieć, proszę o dane zleceniodawcy i będzie mnie miał Pan z głowy.
Obraża mnie Pan nadal w główce wiadomości, pomimo zapewnień, że tak nie jest. Nie naciągam Pana.
Podsumowując ostatnie zdanie – jestem zdeterminowana kontynuować dialog z Panem za pośrednictwem prawników, chyba, że poda mi Pan zleceniodawcę linka URL i wtedy przemyślę sprawę.
Mając na uwadze Pana zdrowie i Pana cierpliwość, za którą dziękuję, zrozumiem brak odpowiedzi….”
Tyle mi się z tejże korespondencji do dziś zachowało ale pamiętam, że po drodze było jej więcej w postaci przekazania sobie wyrazów sympatii i mojej uwagi, że słowo spam wywodzi się od mielonki.
Następnego dnia rano w pracy, tym razem nie mój szef a jego prawa ręka, widząc mnie na korytarzu od niechcenia rzucił pytanie: no jak tam? Ciągle ktoś ci wrzuca piłkę do bramki – a to ten a to tamten….
- potrafię odbijać
I na tym się konwersacja zakończyła.
Wierzę, że powyższa, dzisiaj rozśmieszająca mnie do łez rozmowa z przedstawicielem witryny Internetowej, była dziełem totalnego nieporozumienia i niezrozumienia tematu. Zeszła z meritum i wypłynęła na głębokie wody. Wiem też, że nie wszystko, co się wtedy wokół mnie działo, było kwestią przypadku.
Nie mogę kontrolować wszystkiego, gdyż jest to niewykonalne a i szkoda mi na to czasu. Ale czasami sprawdzam, czy to, co mi się wydaje, to mi się tylko wydaje, czy jest tak, jak mi się wydaje. Czy mnie moja intuicja nie zwodzi. Czasami odpuszczam, no i czasami trafiam kulą w płot.
Wszystkie wiadomości, które dostaję z bramek 7243, 72611, 74350, 92550 i tak dalej traktuję jako spam, nawet jak mi czasami pasują do scenariusza. Nadrabiam drogi, żeby komuś zadać pytanie, co miał na myśli mówiąc to czy tamto, sama stosuję parafrazę, żebym była dobrze zrozumiana…
Nie lubię abstrakcji, która zawiera tylko i wyłącznie niedopowiedzenia, chociaż daje pole wyobraźni. Nie zwierzam się też nikomu, oprócz mojego psa….

Facebook
Zwierzolubni