Wodnik nad Świdrem

„Curitiba, 11.1981

Kochanie – okropnie mam mało czasu dzisiaj, więc list naprawdę to napiszę dopiero w Matinhos i to pod koniec, bo mąż też jedzie na trzy dni, by zainstalować bramę.  Podobno tam jest teraz okres tych dużych much, co jak gryzą, to wyskoczy bąbel ogromny. Teraz się roją ale muszę pojechać teraz, bo potem on nie ma czasu. Chcę tam odpocząć ale niewiele pewno, bo muchy (butucas) i mąż razem, to trochę za dużo…

Najpierw zrobił portao – bramkę dla mnie, bo zamiast niej tylko wielka dziura w murze, gdyż stary zgnił i się rozleciał.  Tylko ja jedyna nie mam bramki w murze i to przy tych napadach i rabunkach nic dobrego…no i wstyd.  Ale i tak z drzewa nowa lub gotowa z żelaza okropnie drogo wyjdzie. Gdy syn zrobi wyjdzie mniej niż połowa ceny. Zrezygnował z plaży i pracuje jak szalony w tym baraku, który sam zbudował.  Ma już zamówienie ale każdy chce widzieć wpierw jego pracę, więc to pilne. Na szczęście karnawał dał mu cztery dni folgi, to wystarczy, by portao wykończyć. Bogu dzięki, tylko tego chciałam i tyle lat wbijałam mu w głowę, że powinien mieć jakiś dochód poza posadą. On zawsze mówił, że nie wie, co mógłby robić.  Lubi ciąć metal, skopiował ładnie ogrodzenie w pobliżu. Z maszyną, którą kupił pójdzie mu szybko, podwoi pensję może już w marcu. To mi ulży, bo wreszcie przestanę ich żywić, zostanie więcej dla mnie i dla Ciebie.


Zanim zaczął robić tę furtkę była rozpacz, że nie może grać na Flipperramie, była taka, że zrobił serię fałszywych monet do uruchomienia maszyny i grał nimi bezkarnie ale ja zawsze w strachu, że jak to odkryją pójdzie do więzienia i straci posadę. Na szczęście tak jest zajęty tą bramką, że zapomniał o flipperze. On zawsze, od dziecka miał „fazy”, że jak się do czegoś wziął, to dniem i nocą tylko to.

Wpierw robił łuk i strzały, końce strzał ze starego parasola, ostre i długie.  Raz kolega mu strzelił w kolano i uciekł ze strachu. Romek wrócił do domu, wyrwał strzałę i położył się do łóżka. Weszłam do pokoju a tu patrzę krew rytmicznie wyskakuje z kolana na prześcieradło, kałuża coraz większa. Nie było telefonu w pobliżu, obudziłam sąsiadkę i w starym, rozlatującym się aucie zawiozłam syna do szpitala.  Tam studenci łamali sobie głowę, co to za rana, aż im opowiedział, że postrzał z łuku….

Potem wymyślił mieszaninę wybuchową. Było to w latach, kiedy można było w ten sposób skończyć życie szybko i w torturach. Potrzebował tego, by wystrzelić fogiet – pocisk, taki, jaki idzie na inne planety, naturalnie z kartonu. Pocisk poszedł daleko. Zrobił mu nawet rampę. Chciał zrobić większy ale na to potrzeba było więcej składników, które były zabronione w sprzedaży.  Więc poszłam z nim do tutejszego gestapo, by mu dali pozwolenie na kupienie trochę tego…Pułkownik bardo dobrotliwie nam wyjaśnił, że jeśli on chce robić fogiety, to niech się zapisze do odpowiedniej szkoły militarnej i, że nam pozwolenia dać nie może..

Potem inne mieszaniny, w skład których wchodziła siarka. Zasmradzały mi dom codziennie. Dusiłam się przy tym dosłownie, kaszlałam jak suchotnica.  Od czasu do czasu puszka z mleka z okropnym hukiem przelatywała za oknem a czasem i przez okno.

Potem przyszła faza fogietów – rakiet karnawałowych. Naturalnie zabronionych. Mieszał cukier, nadmanganian itp. Wpychał tam tubkę żelazną i znowuż taki huk, że nie wiem dlaczego nas nie przymknęli. Pewnego razu kolega jego zapalił tę rakietę (sztuczne ognie) i trzymał w ręce licząc do pięciu, żeby zobaczyć, co się stanie. Wylądował wpierw w mojej kuchni:

- Donna Janina, proszę o jakieś płótno…

Krople krwi tak duże jak filiżanka na całej podłodze.  W szpitalu uratowali mu rękę na szczęście.
Potem przyszła faza polowania. Dubeltówka na śrut. Cudze, zabłąkane kury, które potem jedliśmy i biedne ptaszki. Okropność! Aż raz brat jego kolegi strzelił mu z odległości metra między szyję i ramię. Ojciec jego by go zabił, gdyby wiedział, więc podnieśli Romka z podłogi i przywieźli do domu i uciekli. Była noc, jak zawsze….
Przypadkiem córka zajechała tutaj taksówką po coś i Romek jej powiedział..”

Gdzieś mi się zapodziała jedna kartka tego listu zaplątana między innymi kartkami. Jak znajdę, to dopiszę szczęśliwe zakończenie. Ach, te zabawy dużych chłopców! Jak sobie facet w kolano nie strzeli to się wysadzi w powietrze. A potem bezradny leży i czeka na śmierć.

Mój syn również miał okres i to całkiem długi w życiorysie, kiedy pasjami bawił się w małego chemika.  Gdzieś od dziesiątego do piętnastego roku życia. Dopiero w zeszłym roku, kiedy się wyprowadzałam, wywaliłam zachomikowane kuwety i menzurki. Słowa mu nie powiedziałam, gdyż „mój facet” wychodzi z założenia, że wszystko się przyda i rozstać mu się z czymkolwiek trudno. Pluszaki z dzieciństwa trzymam do dziś upchane w garderobie, zamiast dać mojemu psu do zabawy albo jakiemuś dziecku. Boję się, nie darowałby mi pewnie.

Mały chemik (skompletowany przy pomocy przyjaciela domu, w pracy którego likwidowano laboratorium chemiczne)  rozpoczął się prawidłowo pod moim okiem od papierka lakmusowego a potem straciłam kontrolę nad chemią, nie znając się na niej zbyt dobrze. Pasja syna zdecydowanie osłabła od momentu wybuchu na tarasie domu, w wyniku którego spora część stojącego tam stołu z drewnianym blatem uległa spaleniu.  Menzurki i inne naczynia zostały upchane w garażu a ja przed wyrzuceniem do kontenera ze śmieciami rok temu kontemplowałam ich kształt pod kątem fajnego wazonu z białego szkła.  Większość z nich, niestety, nie mogła stać samodzielnie. Mam tu na myśli głównie najciekawsze kształtem retorty.
Poza tym chemia jest mi obca, przez co rozumiem pojęcie chemii jako nauki a nie tego czegoś, co budzi motyle w brzuchu. Chociaż motyle też pewnie jakiś wybitny chemik naukowo by objaśnił.

Mamy jesień…piękną w tym roku, przynajmniej na razie, gdyż bez słoty i błota. Prawdziwą, polską, złotą w słońcu. Miedzianą.

„Czysta miedź jest pomarańczowo-czerwona, a w powietrzu pokrywa się czerwonym nalotem. Charakterystyczny kolor miedzi pochodzi od przejść elektronów pomiędzy wypełnionymi powłokami 3d, a półpustymi 4s – różnice energetyczne pomiędzy tymi powłokami odpowiadają energii światła pomarańczowego. Ten sam mechanizm jest odpowiedzialny za żółty kolor złota” – Wikipedia. Łacińska nazwa miedzi pochodzi od Cypru (Cuprum), o którym wspominam w opowiadaniu „Jabłko Afrodyty”.
Pomijając 3d i 4s nasz Legnicko-Głogowski Okręg Miedziowy jest jednym z największych na świecie. Największa odkrywkowa kopalnia miedzi na świecie znajduje się w Chile (Chuquicamata). Niedobór miedzi w organizmie może powodować niedokrwistość, czyli ograniczone wchłanianie żelaza a co za tym idzie niedostateczną ilość czerwonych krwinek.  Ten problem miała moja mama i zakończył się on dla niej tragicznie. Czytam, że w miedź bogate są: wątróbka, homary, kalmary i ostrygi, ziarna sezamu, słonecznika oraz dyni a także suszone pomidory. Nadmiar miedzi w organizmie powoduje objawy podobne do zatrucia arszenikiem. Kojarzy się z „Arszenik i stare koronki” lub z Arsenem Lupin.

„Ale Ty harujesz. Zebrać te plony i zakonserwować. Ileż to pracy, która nie może czekać! Ja tylko robię marmeladę ze śliwki brazylijskiej a już się skarżę, bo dużo roboty. Jest jej okropnie dużo – śliwki – bo mrozu nie było i wszystkie kwiatki obrodziły, dlatego malutka i schnie już na drzewie. Gotuję ją w dużym garnku jak kompot, potem z miękkiej wyjmuję pestki, potem mielę to na aparacie i smażę z cukrem. Paznokcie czarne…

Miałam tu gruszę już 18 lat, nigdy nie dała gruszki i traciła liście już na wiosnę. Kiedy powiedziałam głośno, że wytnę, biedaczka okryła się zielenią i pewnie dałaby owoce jak nigdy ale Romek wyciął, bo zawadzała w budowaniu. Raz na dziesięć lat pozwolę sobie na rozrzutność i kupię gruszkę ale ona wcale nie taka smaczna jak nasze, z których sok spływał po łokciu. Te nasze w ogrodzie Ojca. Za jedną gruszkę kupię tutaj osiem dużych pomarańczy albo trzy kilo bananów. Są też jabłka, małe, tutejsze, które smakują jak gruszki. Gdybym kiedyś przyjechała do Polski, to jesienią, by zjeść gruszkę i te duże śliwy ciemno-czerwone. Knedle – pierogi z borówek – zastąpiłam czarnymi winogronami. Smak i wygląd prawie ten sam…”

Siedząc pod gruszą

Sitting on the dock of the bay
Watching the tide roll away
I’m just sitting on the dock of the bay
Wasting time  -   OTIS REDDING – Sitting On The Dock Of The Bay

Siedząc  na doku w zatoce gapię się na zwijające się daleko fale, po prostu siedzę na doku w zatoce spędzając (marnując) czas….

Marnując czas tu bez Ciebie
Gapię się na chmury na niebie
Marzę, że w podróż wyruszę
Do nieba pod rajską gruszę…

Siedząc pod gruszą w niebie
Długo będę czekała  na Ciebie
Aż kwiaty przekwitną białe
Owoc ujrzę, dojrzały…

Motyl do nieba wysoko się wzniósł
W kolorach porannych zórz
W fiolet odziany, purpurę
Jedną ubarwił mi chmurę…

Marnując czas tu bez Ciebie
Gapię się na chmury na niebie
I marzę, że w podróż wyruszę
Do nieba pod rajską gruszę…..

Tak, to prawda. Mała działka rodziców rodziła jak szalona.  Mnóstwo słoików z przetworami zalegało piwnicę, kilkaset woreczków mroziło się głęboko w wielkiej zamrażarce, suszone ziarna zaś spoczywały w kredensie. Nie kupowało się włoszczyzny, pomidorów i papryki, nie kupowało się dżemów, nie kupowało się marynat i też nie kupowaliśmy fasoli i czosnku. Starczało dla nas do następnych zbiorów i dla sąsiadów obok na klatce schodowej. Kiedy podjęłam pracę w recepcji hotelu Europejski moja mama wracając z działki przywoziła torby pełne owoców i częstowała wszystkich pracowników będących na zmianie. Tylko 300 metrów kwadratowych różnorodnych upraw warzyw i owoców….
Działka znajdowała się nad Świdrem a ogrodzony teren, na którym znajdowały się działki nazywał się „Wodnik”, gdyż zarządzany był przez „wodniaków” związanych z pracą mojego ojca w Warszawskich Stoczniach Rzecznych.

„Śnił mi się kilka dni temu słoń, który mnie kochał, głaskał trąbą, klęczał przede mną i chciał wejść do domu. Kupiłam bilety na loterię ale nie powinnam tego zrobić, bo brakowało pieniędzy -  tu każdy numer ma swój odpowiedni w zwierzaku….I nic nie wygrałam, nawet końcówki. Może ten słoń to Guatupe? Ale miałam jeszcze sporo jajek w spiżarce, więc dociągnęłam na nich do pensji..”

O tym słoniku z werdytu wspomniałam w lipcu br. Napisałam, że ma ułamany kieł. Myliłam się. Jego uroda po prostu była taka, że wyrzeźbiony został z niedużymi, krótkimi kłami. Następnego dnia sprzątałam, wzięłam słonika do ręki i nagle…ułamał mu się kieł przy przecieraniu z kurzu szmatką.  Przykleiłam „kość” jakimś super glue nie dziwiąc się wcale. Mnie tym podobne zdarzenia spotykają każdego dnia.


Zdjęcia: furtka bez ogrodzenia; brama wjazdowa do stadniny ogierów w Książu; Restauracja Hubertus w tej stadninie – Archiwum Jarzębiny 2011;  Muzeum Broni – San Marino 1996 – J.Bartuszek; Motyle, jesień, owoce – Archiwum Jarzębiny 2011; Działka „Wodnik” – 1988 – J. Bartuszek

Ten wpis został opublikowany w kategorii MOJE OPOWIADANIA, Moja brazylijska cioteczka i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free