Capri lub Riviera

„Guaraquecaba, 13.I.1984

Kochanie – tutaj nie mam maszyny, musisz odcyfrować sama ten list. Jestem nad zatoką w miejscowości rybackiej, odkrytej przez cywilizację (nieczytelne) temu. Są domki rybackie, łodzie i nic więcej. Gdyby zapełnić ją jachtami a brzegi pałacami, byłoby tutaj kąpielisko słynniejsze niż Capri lub Riviera.  Ale już robią szosę asfaltową, więc za kilka lat nikt tu już kawałka terenu nie kupi, chyba, że za miliony.  Wczoraj zięć wynajął motorówkę na cały dzień i obejrzeliśmy kilka wysp. Wszędzie woda przejrzysta, że widzisz paznokcie u nóg – i ciepła, jak nigdy nie widziałaś….
Tutaj nie ma plaży, schodzi się ze skały wprost do morza, które przez kilometry nie sięga mi do brody. Nie ma fali morskiej, bo to zatoka wewnętrzna dużej zatoki Paranagua.
Góry na horyzoncie niemal się zamykają pierścieniem.  Cały czas myślałam o Tobie, że powinnaś to zobaczyć…ale może lubisz tylko miejsca eleganckie, pełne ludzi i turystów.
A tu tylko rybacy, śniadzi, czarnowłosi i pełno dzieciaków w wodzie.
Takie miejsca syn i córka wyszukują w Paranie. Byliśmy dwa razy w „pobliżu”, 30 kilometrów stąd, do wodospadu.  Wpierw wąska droga wysypana kamieniami, potem przejeżdża się autem przez rzekę i potem tylko zarośniętą, wysoką ścieżka indiańską (wydeptana) aż do rzeki w górze, gdzie od kamienia do kamienia, na czworakach i boso, bo w obuwiu ślisko, aż pod wodospad, jakiś 100 metrów wysoki.
Pod wodospadem siedzieliśmy w lodowatej wodzie i rybki cały czas szczypały w łydki. Zięć, córka i Dymitrij cały czas pływali, a ja tylko jak na nocniku, byle się schować pod wodą, bo owady kłują…….Potem na słońcu w kilka minut i już obeschnięci. Gorąco, jakieś 38 stopni, pot zalewa oczy, znowu więc do wody. Dookoła góry, bananowce, olbrzymie drzewa tropikalne, to wszystko, co widzisz czasem w filmach, raj tropikalny, niezwykle piękny, tylko niczyj, bez ludzi.
Jedliśmy banany wprost z krzewów i tuziny pomarańczy.  A potem spaliśmy nakryci prześcieradłem jak trupki….Dymitrij nas udekorował liśćmi bananowca jak świecami. I ani prze chwilę nikt nie myślał o pająkach i żmijach, nie widzieliśmy też ani jednego.
Powrót ścieżką, którą ktoś zrobił fakonem (dużym nożem), w sandałach – bogatsi w milion pieg…..Wczoraj wróciliśmy z nad morza po południu i ten kawałek drogi od morza do domu to bezustanne jęki – taki gorąc.”

Nie muszę sobie tego gorąca wyobrażać. Kiedy wylądowałam na klimatyzowanym lotnisku w Manaus, chyba w Manaus, przemieszczaliśmy się w nocy a zwiedzaliśmy w dzień i miało prawo mi się co nieco pomieszać, wszystko było w porządku. Do czasu aż otworzyły się przede mną drzwi na zewnątrz i upiornie gorące powietrze nie wpadło do płuc. Zakrztusiłam się i nie wiedziałam co dalej robić. Wdychać, wydychać, przestać oddychać….
Podjechała taksówka, która zawiozła mnie do klimatyzowanego hotelu ale dopiero w następnej dobie byłam w stanie poruszać się sprawnie po tym „tropikalnym raju” rejestrując inne bodźce z otoczenia niż tylko pożar w płucach.

” Dzisiaj o ósmej rano córka zdecydowała wrócić do Kurytyby, bo urlop jej się kończy a tu cały dzień siedzieć przed wentylatorem, to jej nie warto. Pojadą nad olbrzymią reprezę – jezioro blisko Kurytyby, gdzie woda zimna i las chłodny. Ja zostanę tu jeszcze kilka dni z Dymitrij, on ma tylko trzy lata więcej niż ja, ale pali dużo i pije piwo, niemal nic nie je, więc bardzo wygląda zniszczony. Wypiłam z nim sześć butelek piwa białego, mrożonego wczoraj wieczorem i nie poszło mi do głowy, jakby to woda była. Pewnie dlatego, że człowiek wszystko wypoci.
Dzień i noc wentylatory, dwa wahadłowe, czynne bez przerwy. (….) Teraz siedzę w łóżku oparta na poduszkach i piszę a Dymitrij w stroju kąpielowym tylko przed wentylatorem.
Obok dzbanek wody, okna cztery otwarte na ościerz. „Ola”! Jest wiatr od morza.
Pod wieczór pójdę do wody, nie umiem pływać, wiec ten naturalny basen w morzu to dla mnie raj.
Dymitrij ma TV kolorową, więc niczego więcej nam nie potrzeba, on gotuje a ja zmywam. Mieszkał pół życia w Paryżu, więc gotować umie. Taśma gra muzyczkę z lat czterdziestych, akurat taką, jaka lubię. ”

W hotelu w dżungli amazońskiej najważniejszym elementem wyposażenia pokoju  był wentylator. Umocowany na suficie, zdecydowanie za wysoko, jak dla mnie, owiewał cały pokój ruchem wahadłowym. Na moje rozłożone „na żabę” nagie ciało nawiewał co jakiś czas chłodne powietrze, to chyba były sekundy ale dla mnie całe wieki, kiedy wiał w inne okolice pokoju. Sen był mocno przerywany…..
Dopiero dzisiaj, po latach, mam powtórkę z rozrywki, kiedy udaje mi się przysnąć na chwilę pomiędzy jednym szczęknięciem którejś z szynszyli w środku nocy a drugim innej. (Opowiadanie: Miodowe lata z Jarzębiną – cz. 33). Chyba się udam do sklepu po zatyczki do uszu. To gorsze niż chrapanie nocnego towarzysza.

Przybiegłam stęskniona do Ciebie tej nocy

Przybiegłam stęskniona do Ciebie tej nocy
Przybiegłam zdyszana, biegłam pod wiatr
Łzy deszczem wiatr wyciskał z oczu
Zimnym powiewem do serca się wkradł

Spałeś smacznie, spokojnie jak dziecko
Miarowe chrapanie wdzierało się w noc
Tylko Twój oddech wisiał w powietrzu
Wiatr ucichł i w ciszy tylko Twój głos…

Przybiegłam spragniona bliskiego spotkania
Czwartego wymiaru dotknąć wraz z Tobą
Dosyć już miałam wiecznego czekania
Dosyć deszczowej, wietrznej pogody…..

Spałeś smacznie w ciepłą kołdrę wtulony
Dla mnie zabrakło nawet jej skrawka
Trzeba Ci było powrócić do żony
Dla żony pewnie nie lada to gratka….

Przybiegłam spragniona Twych słów i ciała
Spełnienia obietnic rzucanych na wiatr
Dobrana para może z nas – doskonała
Tylko ten wiatr co do serca się wkradł

Spałeś tak smacznie odwrócony plecami
Ja noc przetrwałam na zimnej kanapie
Co miało być już jest za nami
Tak czasem bywa, kiedy ktoś chrapie….

Manaus (port.Matka Boga) leży przy ujściu Rio Negro do Amazonki. Po wynalezieniu procesu wulkanizacji, na przełomie XIX i XX wieku Manaus, miasto w dżungli, przeżyło wspaniały okres rozkwitu. Kauczuk potrzebny był w rozwijającej się szybko motoryzacji. „Swój rozwój miasto zawdzięczało m.in. portowi rzecznemu z pływającymi nabrzeżami, dostępnemu dla statków oceanicznych, którego budowę ukończyła w 1902 r. firma polskiego inżyniera Bronisława Rymkiewicza. Dzięki ogromnym pieniądzom Manaus jako pierwsze miasto w Ameryce Południowej miało (…) bogato przyozdobiony gmach opery, do którego sprowadzano śpiewaków z Mediolanu. Kauczuk uczynił z wielu milionerów…..” – Wikipedia.
W 1920 roku wynaleziono kauczuk syntetyczny a wkrótce potem gmach opery obrósł tropikalną roślinnością. Pierwszy spektakl operowy miał tutaj miejsce 7 stycznia 1897 roku. Wystawiona została La Gioconda Amilcare Ponchielli. Dzisiaj mieści się tutaj Teatro Amazonas, w którym organizowany jest doroczny festiwal operowy i festiwal filmowy.
Ta scena operowa jest pełna przepychu. Złocenia w stylu art nouveau, meble sprowadzone z Paryża w stylu Ludwika XV, włoskie marmury i żyrandole z Murano….alzacka dachówka ma kolory brazylijskiej flagi. A to wszystko pośrodku amazońskiej dżungli….
Nie wiadomo, czy z wrażenia należy wdychać powietrze, czy też wydychać czy też przestać oddychać….

Zdjęcia: Sopot 2003 – J. Bartuszek; Foz do Iguasu – Brazylia; wentylator, szynszyla, straz pożarna, port w Manaus i opera w Manaus – Archiwum Jarzębiny

Ten wpis został opublikowany w kategorii MOJE OPOWIADANIA, Moja brazylijska cioteczka i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Capri lub Riviera

Dodaj komentarz

Twój komentarz zostanie automatycznie opublikowany. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Spam protection by WP Captcha-Free