Spała, niewielka wioska turystyczna położona w pobliżu Tomaszowa Mazowieckiego, gościła
nie raz na stronach Jarzębiny, jako miejsce mojego kilkuletniego pobytu zawodowego jakiś czas temu a dzisiaj miejsce powrotów sentymentalnych od czasu do czasu. Historia tejże wioski jest imponująca.
W zamierzchłych czasach czyli w wieku XVI stanowiła ostoję prawdopodobnie flisaków pilickich lub młynarzy wodnych po środku Puszczy Pilickiej. W okresie zaborów należała do Królestwa Polskiego pod rosyjskim zaborem z letnią rezydencją Cara Aleksandra III a po odzyskaniu niepodległości stała się także letnią rezydencją prezydentów Stanisława Wojciechowskiego i Ignacego Mościckiego. Do Spały przyjeżdżały na polowania, wypoczynek, z wizytą dyplomatyczną lub na leczenie głowy koronowane i te bez korony ale za to w maciejówce z sukna, którą nosił Józef Piłsudski. Wioska miała więc charakter reprezentacyjny z pałacem, hotelami i kasynem dla gości.
W czasie drugiej wojny światowej od 1940 roku Spała stanowiła siedzibę dowództwa wojskowego Generalnej Guberni oraz dowództwa i sztabu grupy Armii „Środek” oraz ośrodek partyzanckiego ruchu oporu. Pozostałości dziedzictwa historycznego tejże maleńkiej miejscowości położonej w centralnej Polsce można oglądać do dzisiaj.
W czasach PRL Spała była nie mniej słynna ze względu na nagromadzenie tutaj domów wypoczynkowych Funduszu Wczasów Pracowniczych i w pewnym sensie elitarna, gdyż z dobrodziejstwa klimatu, kąpieliska po środku wioski, dyskotek i kawiarni mogli korzystać tylko kuracjusze, którzy wykupili wczasy w Spale. Wjazd do wioski ograniczony był szlabanem. A później nastąpił długi okres marazmu, co dziwi o tyle, że od czasów prezydenta Mościckiego, który wyasygnował na rozwój miejscowości znaczne fundusze, Spała stała się polskim centrum sportu by z wraz z biegiem lat dorobić się europejskiej renomy a Centralny Ośrodek Sportu miejscem nie tylko przygotowań olimpijskich ale i rehabilitacji sportowców.
Dla mnie osobiście Spała jest pod wieloma względami pewnego rodzaju fenomenem,
któremu ciągle się nie mogę nadziwić. Na około 400 stałych mieszkańców przypada tutaj ponad 1200 skategoryzowanych miejsc noclegowych, nieskategoryzowanych ile jest, trudno powiedzieć.
Posiada jedynie dwa sklepy spożywcze, aptekę i przychodnię. Nie ma pól uprawnych, sadów, zwierząt hodowlanych i przydomowych warzywniaków ale za to w lasach dawnej Puszczy Pilickiej ukryły się wspaniałe rezydencje mieszkalne a przed hotelami i pensjonatami zatrzymują się wypasione samochody. Cisza i spokój z wyłączeniem udeptanego placu po środku wioski, na którym odbywają się w sezonie Jarmarki Antyków i Rękodzieła oraz różnego rodzaju festyny, kiedy to z miejscowych restauracji, knajpek i dyskotek dobiega hałaśliwa muzyka disco polo. Mieszkańcy wioski od wielu lat żyją z turystyki i w symbiozie z turystami, na nielicznych uliczkach rozbrzmiewają wszystkie języki świata, szczególnie w czasie zgrupowań sportowych, toteż, pomimo małomiasteczkowej mentalności w wielu aspektach życia daje się tutaj odczuć i wielkomiejski sznyt. A w posezonie, czyli w zimie, Spała zapada jak niedźwiedź, w sen zimowy.
Sen zimowy
I spalskich lasów znowu urok
W śniegowych płatkach wokół tonie
Biel zmyła późną jesień, burą
Drzewa pokryła z igieł szronem
Kościółek stoi w białej ciszy
Dzwonnica milczy, nie drży serce
Wołania na mszę nikt nie słyszy
Nie zbudzi mnie ten głos już więcej
Statek kotwicę rzucił w lodzie
Turbina marznie zardzewiała
Miasteczko śpi w zimowym chłodzie
Zasnęła snem zimowym Spała
Korespondencję z Krzysztofem nawiązałam na początku mojej pracy w Spale. W jednym z pierwszych listów napisał do mnie jak następuje:
„Napisz co robisz, napisz o Tomaszowie, o hotelu, o miasteczku, który tam teraz jest rok? Co można dostać na rynku, czy furmanki głośno hałasują i rano nie dają Ci spać? Wieczory pewno jeszcze ciepłe. Ile nazbierałaś grzybów? Co po tym wszystkim ludzie mówią o aptekarzowej. Pisz o sobie, co czytasz, jak się czujesz, czy Cię co irytuje. Krawcowa musowo wciąż podlewa pomidory krowieńcem i nie sposób pić herbaty w salonie przy otwartym oknie.
P.S. krawcową, pomidory i konewkę z krowieńcem wziąłem od Kuncewiczowej”
Nie mam najmniejszego pojęcia, co w owym czasie Krzysztof wiedział na temat Spały. Podejrzewam, że nic albo bardzo niewiele. Z całą pewnością na mój temat nie wiedział nic poza tym, że jestem, tu gdzie jestem. Krowieniec zirytował mnie bardzo.
W oryginale czyli w zbiorze opowiadań Kuncewiczowej „Dwa księżyce” dialog z nawozem w roli głównej wygląda tak:
.
- ale zaleciało
- pewnie panna Malwina podlewa warzywa krowieńcem
Ów krowieniec, czyli sfermentowany kał bydlęcy znany mi jest dobrze z upraw pomidorów
mojego ojca na działce i wiem, jak intensywnie potrafi zalatywać. Handlarze obwoźni, którzy raz na jakiś czas podjeżdżali wózkiem pod bramkę działki, zwali go krowiakiem a za pomidory wyhodowane na tymże krowiaku mój tata zdobywał dyplomy uznania i medale, oprócz tego, że doskonałego smaku tychże pomidorów nie zapomnę nigdy i później w życiu tyle słońca w owocach już nie odnalazłam, co wtedy, nawet w tych egzotycznych.
Jeśli się do powyższego listu dołoży fakt, że Maria Kuncewiczowa opisywała Kazimierz swojej epoki jako miasto brudne, śmierdzące potokami zawartości nocników wylewanych w nocy przez okna na ulicę, to moja irytacja wydaje się być bardziej niż uzasadniona.
Krzysztof do wylewnych nie należał, cedził słowa nie tylko w mowie ale i w piśmie, strzegł swojej prywatności i swojej duszy jak oka w głowie albo jakby się ich wstydził, uwielbiał abstrakcyjne przenośnie i niedopowiedzenia, a w mojej opinii był powierzchowny w ocenach i lubił się popisywać byle czym. Tym niemniej wtedy po raz pierwszy namówił mnie do pisania a ja to wykorzystałam, przyznaję, w trochę w nieetyczny, jeśli chodzi o niego ale dla mnie skuteczny sposób. Wzmiankę o krowieńcu przyjęłam bez echa nie podejrzewając go o złe intencje a tylko o niefortunne porównanie i tak by pewnie pozostało, gdyby „Dwa księżyce” w naszej korespondencji nie pojawiły się raz jeszcze i gdyby….
Mój mąż od początku trwania naszego małżeństwa usiłował mnie upokarzać na wszystkie możliwe sposoby, mój francuski przełożony swoim postępowaniem wpędził mnie w całkowite poczucie braku własnej wartości na wiele lat. Oba te związki uważam za chore i toksyczne w relacjach i jednocześnie niesłychanie trudne do wyjścia. Ale dlaczego obcy mi człowiek dokładał wszelkich starań aby mi dokuczyć w różny sposób , w tym ten najbardziej obraźliwy? Dla mnie to również jest swojego rodzaju fenomen. Naprawdę nie rozumiem takich ludzi, choćby byli nie wiem jak próżni, zarozumiali, zakompleksieni, tchórzliwi, sfrustrowani, złośliwi, prymitywni i tak dalej i tak dalej. A nawet, gdyby to wszystko okazało się po prostu jednym, wielkim nieporozumieniem to i tak nie zmieni faktu, że było go na to stać.
Dwa dni temu przejeżdżałam obok miejsca, gdzie swego czasu znajdowały się ogródki działkowe. Ciemno już było, o tej porze roku dni są najkrótsze. Dookoła śladu drzew owocowych, obrośniętej trawą ścieżki i tyczek po pomidorach. Warszawa i tutaj wkroczyła drapieżnie ekspandując na południe, wchłaniając satelitarne miejscowości i okoliczne wsie. Dzisiejszy Kazimierz także nie ma już nic wspólnego z zapyziałym letniskiem Kuncewiczowej a Spała śpi snem zimowym, jak zwykle.
Facebook
Zwierzolubni
Panie Adamie! ja Stefan chciałbym zwrócić uwagę Panu iż być może mówiono w pana okolicy na temat krowieńca Vel krowiaku,gnojówka.Ale krowiak ,jest nawozem uzyskiwanym z krowiego łajna,zalanym czystą wodą,i która to substancja fermentowała długi okres czasu,już nie pamiętam, dwa trzy tygodnie.A gnojówka to po prostu krowi mocz.być może się mylę,i tu proszę o korektę.
Witaj Ivonne!
Szkoda, że na „Jarzębinie” nie ma już możliwości komentowania tekstów… przynajmniej ja takiej sposobności nie mam.
Walnąłem „myszą” na Twoją stronę, przeczytałem tekst „O Spale” i żal mi się zrobiło rzeczonego Krzysztofa, który zrobił Ci onegdaj przykrość z „krowieńcem”. Kombinując, jakby dokonać tego, co robię teraz, znalazłem u dołu na pasku : „Napisz do mnie”. Zmusiłem me zwiotczałe prawe rącze i najechałem „złośliwym gryzoniem” na ów napis. Ukazała mi się ramka ze stosownymi rubrykami: do kogo, od kogo, po co i na co. Powodowany ufnością w swoją niewiedzę, niczym rzeczony Krzysztof, który z taką nieznajomością rzeczy potraktował krowieniec, a przede wszystkim Ciebie, poniżej, na wolnym polu, wystukałem takie mniej więcej słowa.
Za moich pacholęcych lat, w stronach świętokrzyskich, na „krowieniec” mówiono po prostu „gnojówka”. Pod nią nie tylko pomidory wschodziły…, na polach rosło żyto, jęczmień, pszenica, owies, tytoń(!?). Pamiętam, jak bosymi stopami biegałem po zaskorupiałej gnojówce po polach wdychając zapach krystaliczny krowio-końsko-świński skażony odorem pieczonych nad ogniskiem na patyku wczesnych ziemniaków. To było życie! Dzisiaj ostał nam się tylko Mendelejew…
Krzysztof, być może, urodził się z Lipców (niekoniecznie tych od Reymonta) i uznawszy, że pochodzi od amerykańskich Fordów, zbyt obficie skropił się „Przemysławką”, przy której aromat „krowieńca” wydał mu się niegodny. A może, niczym „dr Judym” swą „Joasię” itd., itd….
A Ty, Ivonne, od razu „nie rozumiem takich ludzi, choćby byli nie wiem jak próżni, zarozumiali”…
Zacytuję siebie: rozumiem tych, którzy rozumieją, że inni nie rozumieją, czego ja nie rozumiem.
Tak sobie mniej więcej napisałem, po czym kliknąłem w odpowiednie miejsce: „Wyślij”. I ukazał się szereg liczb, skrótów, pytajników, wykrzykników i okazało się, że popełniłem błąd i… nie poszło…
Nie rozumiem tych, którzy nie rozumieją, że inni rozumieją, czego ja rozumiem. (kurwa, co ja piszę?!)
Kłaniam się nisko i całuję w zbolałe kręgi. …..