Kiedy mi syn podrzucił swoje trzy szynszyle pupilki do mieszkania po czym natychmiast
wyjechał na dłużej stanęłam przed nie lada wyzwaniem. Jeszcze kiedy mieszkaliśmy razem mój kontakt z jego gryzoniami ograniczał się do sporadycznej opieki w czasie jego nieobecności, podczas której mój pies dostawał szału z zazdrości. Pies i szynszyle w tym czasie odgrodzone były przestrzenią domu w postaci niezależnych od siebie pomieszczeń. Tym razem przyszło nam mieszkać razem, czyli jak to się powiada „w kupie”. Powiada się także, że „w kupie” jest raźniej albo, że „w kupie siła.” Ja dorzucę, że „w kupie” weselej.
Nie wiem, które z gatunków, człowiek, pies czy szynszyle mają więcej rozrywki z przebywania pod jednym dachem na co dzień. O sobie mogę powiedzieć, że zabawę mam przednią, oprócz tego, że co chwila zmuszona jestem przepychać zatkany sianem odkurzacz. Znajomi dzwonią do mnie już nie po to aby zapytać się, czy u mnie wszystko w porządku ale, żeby dopytać się, co u szynszyli. Pies, jako bardziej pospolity, im już nieco spowszedniał.
Przeczytałam wszystko, co się dało przeczytać na temat tych południowoamerykańskich gryzoni, żeby im krzywdy nie zrobić nieodpowiednią dietą lub traktowaniem, które mnie może i wydawałoby się właściwe ale dla nich byłoby zupełnie nieodpowiednie a nawet groźne w skutkach, po czym przystąpiłam do pierwszego czyszczenia klatki, karmienia i tak dalej. Zainteresowanych posiadaniem w domu niekłopotliwego, czystego, wdzięcznego, bo kontaktowego oraz milusińskiego pupila zapraszam do bogatej i wyczerpującej, łatwo dostępnej lektury.
Dla mnie osobiście zwierzątka te stały się przemiłym zaskoczeniem. O ich delikatności oraz sprawności i zwinności miałam okazję przekonać się już wcześniej, teraz przyszła pora na obserwację zachowań. Oczarowała mnie przede wszystkim niebagatelna uroda, nie tylko miękkiego jak puch, aksamitnego futerka ale i wielkich, wyrazistych oczu oraz dużych uszu, stanowiących barometr nastroju. Do tego przyjemnie pachną, dają się łaskotać po brzuchu i przytulać a także stanowią pocieszny widok, szczególnie kiedy siadają na tylnej części ciała podpierając się ogonem i unosząc łapy. Są okrągłe jak piłka, przednie, dużo krótsze od tylnych łapy mają chwytne, tak więc posiłek konsumują niczym wiewiórka, trzymając go w przednich kończynach. Tylne kończyny zaś
przypominają nogi kangura, dużo dłuższe i masywne umożliwiają im chodzenie, kicanie i skoki w dal i wzwyż. A zęby..no tak..zęby przypominają piłę mechaniczną pracującą na wysokich obrotach. Wystarczy chwila nieuwagi i dostępne im otoczenie zamienia się w kupkę wiórów.
Minęły już dwa miesiące odkąd jesteśmy razem, więc kiedy podchodzę do klatki już nie uciekają w popłochu a wprost przeciwnie, przeciskają się jedna przez drugą, żeby sięgnąć mojej reki ze smakołykiem. Jeśli przysmaku brakuje dobierają się zębami do rękawa bluzki albo paznokci, załatwiając mi manicure na najbliższy tydzień.
Pies nadal szaleje z zazdrości. Nie mogę podejść do klatki bez niego. Leci za mną na złamanie karku, gdziekolwiek by nie był i czego by nie robił odrywa się od swoich zajęć, żeby mieć sprawy pod kontrolą. Dopomina się o suszone banany i jabłka, orzeszki i daktyle, jakbym mu kiełbasy żałowała. Przy czyszczeniu klatki wpycha się do niej z impetem ale niestety utyka na poziomie parteru unieruchomiony skutecznie pomiędzy pojemnikiem z piaskiem, domkiem – kryjówką i trapem do wspinaczki.
Szynszyle już się do niego przyzwyczaiły. Wystawiają swoje kilometrowe wąsy poza okratowanie a on z drugiej strony daje im buziaka mokrym nosem, gdyż nic więcej zrobić nie może. Przestał już, na szczęście, wiecznie niedospany czuwać pod klatką nieustannie wlepiając w nie wzrok. Kiedy wieczorem zaczyna się szuranie, szczekanie, popiskiwanie, brykanie, bieganie, chrupanie, co świadczy o szynszylim zadowoleniu, pies już nie zwraca na te odgłosy uwagi a zdarza się, że i śpi jak zabity. Awantura pod niebiosa rozpoczyna się dopiero wtedy, kiedy je wypuszczam, żeby sobie pobiegały po większej przestrzeni, czego one potrzebują a on nie ma do tej przestrzeni dostępu. Przestrzeń tę stanowi łazienka, w której szynszyla nie ma szans ukryć się skutecznie na spokojną drzemkę a mnie przyprawić o ból głowy z powodu zaginięcia. Te wścibskie i ciekawskie zwierzątka wciskają się w każdą dziurę a ruchliwe są nieprawdopodobnie. Mój aparat fotograficzny często nie nadąża łapiąc w kadrze tylko puste miejsce po szynszyli.
Szynszyle, zgodnie z tym, co przeczytałam, są blisko spokrewnione z nutriami, świnkami morskimi, koszatniczkami, wiskaczami oraz jeżozwierzami a wszystkie te stworzenia razem „do kupy” tworzą grupę jeżozwierzokształtnych. Dlaczego wśród jeżozwierzokształtnych nie ma jeża? Jeże należą do jeżowatych o sztywnych włosach, przekształconych w kolce. Spotkanie mojego psa, Korka z jeżem miało miejsce około miesiąca temu. Zwinięty w kulkę jeż miał sobie za nic głośne ujadanie i bieganie w kółko bezradnego psa. Kłujący problem okazał się nie do przeskoczenia.
W mordę jeża, nie dowierzam
Z krzaków nagle jeż przybieżał
W kulkę zwinął się, nastroszył
Gdzie ma ogon, gdzie ma oczy
Gdzie ma mordę, w mordę jeża
I gdzie nogi tego zwierza…?
Jak go dotknąć, zna ktoś sposób
Ostre kolce w miejsce włosów
Z jeżem chętnie bym się bawił
Najpierw kolców go pozbawił
Wyrwał igły, pognał w las
Piłkę miałbym jak w sam raz…
Problem mam, w mordę jeża
Do problemu się przymierzam
Na jerz -yny dziś mam smak
Jak ciernistych krzewów ptak
Nic nie wyjdzie z tej zabawy
W mordę jeża. Nie ma sprawy!
Żałuję, że na tenże wieczorny spacer z psem nie zabrałam ze sobą aparatu fotograficznego.
Okolica jest ekologiczna, przeróżne zwierzęta i ptaki podchodzą pod dom, więc może jeszcze nadarzy się okazja. Jeż, broniąc się, przybiera okrągły kształt. A co robi szynszyla? Szynszyla w ciągu sekundy zrzuca całkowicie swoje futro pozostawiając je napastnikowi i golusieńka ucieka ile sił w tylnych nogach. Dobrze, że o tym przeczytałam, bo chyba bym umarła z przerażenia, widząc nagle w klatce całkiem łyse pupilki mojego syna…..
Szynszyle żyją stadnie, lubią towarzystwo, opiekują się sobą nawzajem nadzwyczaj czule, przytulają się do siebie, skubią nawzajem i nawzajem przeczesują sobie futerka. Kiedy wyjmuję jedną z klatki pozostałe, zaniepokojone nieobecnością, przysiadają na półce i stęsknione, nieruchomo czekają aż ich towarzyszka powróci. „Kochają bezwzględnie i na umór” jak przeczytałam na jednym z blogów poświęconych szynszylom. Kiedy odkurzam w środku klatki, zaciekawione, bez strachu wsadzają nos w huczącą rurę odkurzacza a kiedy uzupełniam pokarm, równie zaciekawione natychmiast biegną sprawdzić, co też się w ich karmnikach pojawiło.
Nie wiem, czy mogłabym pracować na przykład w ZOO. Obserwacja zwierząt nigdy mi się nie nudzi a troska o nie nie nuży. Nie złoszczę się na wiecznie rozsypany piasek, który pies roznosi łapami, podobnie jak nie złościłam się nigdy na bałagan pozostawiany przez męską populację w kuchennym zlewie czy porozrzucane tu i tam części garderoby. Zbyt mało wiem o konkretnych gatunkach i ich potrzebach a i o zagrożeniach płynących z takich czy innych zachowań, również. Poza tym w stosunku do ogrodów zoologicznych mam mieszane uczucia, czy powinny istnieć, czy nie ale skoro niektóre gatunki przetrwały tylko tam, to chyba nie ma wyjścia. Podobnie jak z szynszylami, który to endemicznie jeden z najstarszych gatunków na ziemi został prawie całkowicie wytrzebiony dla wspaniałego futra i paradoksalnie przetrwał również dzięki urodzie tego futra w hodowlach produkujących materiał na etole dla pań.
Wiele rzeczy jest do przyjęcia, nie należę do radykalnych obrońców zwierząt futerkowych, którzy swego czasu oblewali na ulicy farbą kobiety odziane w takie czy inne zwierzę ale rabunkowa gospodarka nigdy jeszcze nikomu nie wyszła na dobre a w życiu, jak to w życiu, kiedy się tylko bierze pełnymi garściami a nic w zamian nie daje, traci się podwójnie. A żeby jeszcze było trudniej, to też trzeba wiedzieć, co dać. Na cóż szynszyli, na przykład, banknot stu dolarowy? Chyba tylko po to, żeby natychmiast zamieniła go w stu dolarowy wiórek.

Zwierzolubni