Chybił trafił…

W lipcu ubiegłego roku przeczytałam artykuł Anny Wrzosek na temat wróżenia z fusów. Ponieważ znajdował się gdzieś, nie wiem dziś już gdzie, pod hasłem Miłość w 2012, to się tymi fusami zainteresowałam. W pierwszej kolejności rozbawiła mnie genealogia wróżenia z pozostałości po wypitej kawie, sięgająca XVII wieku a w nim arystokratycznych, angielskich salonów. Panie rozpraszały nudę długich, zimowych wieczorów zaglądając do pustych już filiżanek, by  z wielkim zainteresowaniem interpretować wzory powstałe na wewnętrznych brzegach filiżanki. Tasseologia, czyli wróżenie z fusów, zawędrowała następnie do francuskich buduarów aby w końcu trafić do europejskich domów mieszczańskich.
Powyższe przypomniało mi się, kiedy to dwa dni temu spotkałam się ze znajomym w kawiarni, ja jak zwykle zamówiłam espresso ze szklaneczką wody a on fusy zalane wrzątkiem. Ponieważ różnica wieku pomiędzy nami wynosiła zaledwie kilka miesięcy, pomyślałam sobie, że w czasach PRL-u, kiedy to nawet byle jaka kawa była towarem luksusowym parzonym w szklance, popijał ją tak jak ja, zalaną wrzątkiem i już mu to przyzwyczajenie na całe życie pozostało. Niedawno też miałam przypadkowego gościa w domu, który zażyczył sobie kawę parzoną właśnie w ten sposób.
Kawę zaczęłam pić w ogóle dopiero gdzieś około trzydziestki, kiedy to goście hotelowi prezentowali nam, pracownikom, tenże luksus w miejsce dolarowych napiwków i coś z tymi napiwkami należało zrobić. Z reguły była to kawa ziarnista, dobra gatunkowo, mielona w młynkach hotelowych barów. Jak już zaczęłam pić to i zaczęłam eksperymentować, najpierw z mlekiem o różnej zawartości tłuszczu, potem ze spienionym mlekiem a potem jeszcze na sposób arabski z kardamonem i po włosku z likierami, przyszedł też czas na cappuccino, machiatto i kawę mrożoną, aż dopiero po dobrych kilku latach wiedziałam tak naprawdę co lubię i stanęło na espresso.
Kilka dni temu znajomy, któremu zostawiłam prawo wyboru, zamówił dla mnie w Coffee Heaven kawę o smaku piernika, skonsumowałam więc tego piernika po raz setny upewniając się, że dla mnie kawa z prawdziwego zdarzenia, to kawa esencjonalna, wyrazista i aromatyczna, parzona w ekspresie do espresso. Ponieważ stanowi mieszankę wielu gatunków kaw, nie mam swojego ulubionego gatunku jakkolwiek potrafię odróżnić Arabikę od Robusty już po pierwszym łyku.
Szkopuł w tym, że espresso fusów na dnie filiżanki nie zostawia, to też tym samym nie mam szansy odkrycia, co też mnie w bieżącym roku względem miłosnych wzruszeń czeka. Poza tym aby rozszyfrować wróżbę, jak czytam w wymienionym na początku artykule, potrzebny jest klucz do objawionych na dnie filiżanki  symboli. Tak więc gruszka na przykład oznacza dobry zarobek i udany seks. Można uznać, że z miłością gruszka ma trochę wspólnego w przeciwieństwie  do kaczki, która z kolei oznacza zdobycie klientów i dobrą pracę. Chociaż jakby się tak dobrze zastanowić to i dla kaczki miejsce w miłości się znajdzie, podobnie jak dla gruszki. Jeden z moich ulubionych symboli, czyli pająk oznacza, że rozszyfruję tajemnicę.
W życiu sobie z niczego nie wróżyłam oprócz pasjansa i jednorazowej wizyty u tarocistki. Może najwyższy czas zaparzyć kawę z fusami na dnie, chociaż nienawidzę, kiedy mi te fusy, zanim opadną, oblepiają zęby i plączą się na języku. A przestudzona kawa to już nie to.
Po prostu nie do wiary, z czego sobie ludzie wróżyli na przestrzeni dziejów. Celtowie na przykład wysnuwali przepowiednie na podstawie rżenia i podrygiwania specjalnych, siwych koni chowanych w świętych gajach. Szły te siwki za świętym rydwanem a kapłani na podstawie ich ruchów formułowali przepowiednie. Kto ciągnął rydwan niestety w dostępnych mi źródłach nie napisano. Może kare konie? Ten rodzaj wróżby nosi miano hippomancji.
Alomancja to z kolei wróżenie z soli. Tajniki tychże wróżb są słabo znane ale z nich wywodzi się przesąd, że rozsypana sól jest złym prognostykiem. Przesąd ten wyniosłam z domu, chociaż, kiedy mi się czerwone wino na obrus rozleje, to sypię na plamę sól obficie, nie zważając na niekorzystne prognozy.
Starożytni rzymianie w postaci Augusta i Tyberiusza wróżyli sobie z kości. Chodzi o kości do gry, znane już w starożytności i cieszące się wielką popularnością w średniowieczu. Oprócz wróżb kości służyły także jako narzędzie hazardu  i służą do dzisiaj w kasynach. Przyznaję, że miałam okres w życiu, w którym namiętnie grałam w kości, chociaż nigdy sobie z nich nie wróżyłam, podobnie jak z fusów.
Litomancja z kolei to wróżenie z kamieni a rabdomancja to wróżenie z kijów. Czarodziejska różdżka, która narobiła tyle zamieszania nie tylko w bajkach miała związek właśnie z rabdomancją. Ezechiel (jeden z proroków większych Starego Testamentu, jeden z proroków Islamu, autor biblijnej Księgi Ejzechiela) i Ozeasz (prorok Starego Testamentu) wyrzucają Żydom w Starym Testamencie, że ci ulegli wróżbom z kija. Wróżba ta znana była także Persom, Tatarom i Rzymianom. Mnie osobiście zachwyciła rapsodomancja, czyli wróżenie za pomocą dzieł jakiegoś poety. Otwiera się na chybił trafił  książkę i za przepowiednie uznaje się miejsce wyznaczone przez przypadek. Największym powodzeniem w historii cieszyły się teksty Homera i Wergiliusza a dokładnie pierwszy, napotkany wers. Ja właśnie przed chwilą powróżyłam sobie z Jarzębiny, która odpaliła mi się na opowiadaniu „Los szczęścia”.
Powodowana więc powyższą wróżbą udam się jutro do kolektury totolotka aby zakupić los „chybił-trafił” za trzy złote z groszami.

Opowiadanie rozpoczyna się jak następuje:

Wyobraźni ludzkiej nigdy nie ma końca
Ptakiem leci, na obłoku podąża ku słońcu
Fantazja ją niesie nieskończenie skrzydlata
Nie ma przeszkód dla niej, końca nie ma świata
Wszystko jest możliwe i wszystko przed nami…..
.

Nairancja to arabska sztuka wróżenia ze zjawisk związanych ze Słońcem i Księżycem. Słownika do powyższych wróżb nie odnalazłam ale powszechnie wiadomo, że badaniem wpływu konfiguracji ciał niebieskich na życie ludzi i dzieje świata zajmują się astrologowie. Stąd już jeden krok do horoskopów, senników, numerologii i tym podobnych atrybutów i metod wróżbiarstwa, wymagających sporej wiedzy i wyczucia.  Od biedy jednak, jak widać, można sobie bez nich w życiu poradzić.

P.S. Dzisiaj przeczytałam informację opublikowaną w Super Expressie 18 stycznia br. na temat rumpologii.  „Dziedzina wróżbiarstwa pozwalająca odczytać tajniki ludzkiej osobowości, a także przyszłości człowieka na podstawie kształtu jego pośladków, dotarła do Polski ze Stanów Zjednoczonych. Początki rumpologii sięgają starożytnego Babilonu.”


W opowiadaniu skorzystałam z książki  „Słownik wiedzy tajemnej” J. Collin de Plancy;
Zdjęcia: Filiżanki do kawy i termosy do kawy – Archiwum Jarzębiny luty 2012; Wróżenie z fusów – autor nieznany; Wróżenie z wosku przelewanego przez klucz, listopad 1997 J. Bartuszek.

Opublikowano Biegnąca z wilkami, Moje Opowiadania | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj